oblawaNa ekrany polskich kin weszła właśnie (nagrodzona Srebrnymi Lwami na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni) Obława Marcina Krzyształowicza. Do wybrania się na seans zachęcać ma nas nieszczególnie udany zwiastun i plakat, które zapowiadają nieco patetyczny film wojenny, epatujący tanią sensacją.

Na całe jednak szczęście – jak to zresztą często bywa – zwiastun w ogóle nie oddaje specyfiki Obławy. Nie bez kozery należy bowiem stwierdzić, że film Marcina Krzyształowicza to zdecydowanie jedna z najlepszych polskich produkcji ostatnich lat.

Fabuła nie jest szczególnie skomplikowana. Należący do oddziału partyzantów kapral „Wydra” (Marcin Dorociński) to żołnierz podziemia, który etatowo zajmuje się wykonywaniem wyroków śmierci na zdrajcach, volksdeutchach, etc. Pewnego dnia otrzymuje rozkaz wyeliminowania jednego z indywiduów tego typu – Kondolewicza, który w pobliskiej wsi zarządza młynem. Jednak w trakcie wykonywania rozkazu, kapral „Wydra” napotyka na niespodziewane trudności.

Wydawałoby się, że opisana powyżej linia fabularna nie jest szczególnie nowatorska czy interesująca, jednak nie jest ona opowiedziana w tak prosty i oczywisty sposób, jak wyżej. Obława charakteryzuje się bowiem bardzo skomplikowaną i zarazem bardzo precyzyjną narracją. Mieszane są tutaj różne poziomy czasowe – retrospekcje przelatają się z teraźniejszością i futurospekcjami. Jakby tego było mało poznajemy te same wydarzenia nie tylko z perspektywy głównego bohatera – stopniowo poznajemy kontekst wykonania wyroku: powód jego wydania oraz postać Kondolewicza. To, co na początku wydaje się prostą, czarno-białą historyjką, staje się skomplikowaną siecią wydarzeń – nieznajomość jednego z jej elementów, może na przykład spowodować, że jakąś postać uznamy za kompletnie złą i wypaczoną. Tym samym – możemy, w miarę dawkowania nam przez scenarzystę informacji, zmieniać kompletnie swoje sądy na temat pokazywanych bohaterów czy zdarzeń, w których biorą oni udział.

Za sprawą owej fragmenatrycznej narracji otrzymujemy więc wielopłaszczyznowy obraz świata, w którym nie można wierzyć pozorom, oceniać ludzi po pierwszym wrażeniu, jakie na nas zrobią i liczyć na proste rozwiązana. Na dodatek ów świat przedstawiony w Obławie – czyli teren okupowanej Polski podczas II wojny światowej – to miejsce niebezpieczne, brudne i nieprzyjzane dla ludzi w nim żyjących. Partyzanci walczą tutaj przede wszystkim nie z okupantem, ale z zimnem, głodem czy popędami seksualnymi, których nie mają sposobności zaspokoić.

Z tego rodzaju obrazem świata świetnie współgrają również zdjęcia Arkadiusza Tomiaka. Charakteryzują się one specyficznymi, wypalonymi barwami – dominują tutaj brązy i szarości. Tym samym – wizualnie – film Marcina Krzyształowicza bardzo zbliża się do Róży Wojciecha Smarzowskiego. Podobny jest również okres, w jakim rozgrywa się akcja obydwu filmów, ta sama jest osoba aktora, grającego główną rolę – Marcina Dorocińskiego. Świat pokazany w Róży również nie obfitował w jednoznacznie moralnie postacie i nie był przyjazny dla ludzi, którzy próbowali w nim egzystować. Jednak opisane podobieństwa nie czynią z Obławy kiepskiej kalki filmu Smarzowskiego. Jest to równie oryginalny film, który po prostu pokazuje polską rzeczywistość lat czterdziestych w zbliżony sposób. Nie ma tutaj bowiem miejsca dla dumnych bohaterów i ich wielkich doniosłych czynów – są normalni ludzie, którzy starają się mierzyć z nieprzychylną im codziennością.

Obydwa filmy wyraźnie nawiązują tematycznie do najbardziej znanego na całym świecie okresu w historii polskiego kina, kiedy powstawały filmy tzw. Polskiej Szkoły Filmowej. Wszystkie filmy, określane tym mianem opowiadały o II wojnie światowej, a każdy z nich robił to na swój sposób, np.: Andrzej Wajda, nawiązując do romantyzmu (Popiół i diament), ironicznie Andrzej Munk (Zezowate Szczęście). Choć prób nawiązywania do tego okresu polskiego kina mieliśmy już co nie miara, to chyba dopiero Róża i Obława prezentują równie wysoki poziom artystyczny, co filmy Wajdy, Munka, Kutza i innych. Mało prawdopodobne jest chyba jednak, żeby fenomen Polskiej Szkoły Filmowej miał się współcześnie odrodzić. Obydwie te produkcje pokazują jednak, że temat II wojny światowej wcale nie został wyekspoloatowany, a nawet wręcz przeciwnie – wciąż możliwe jest podejmowanie go w sposób interesujący.

Na wysokości zadania w Obławie stanęli również aktorzy. Marcin Dorociński, Maciej Stuhr i Sonia Bohosiewcz, to rzecz jasna bardzo już doświadczeni i utalentowni wykonawcy, jednak i dobrego aktora można źle poprowadzić – tutaj się to jednak nie zdarza. Jeśli ktokolwiek odstaje nieco poziomem swojej gry aktorskiej od rzeszty kolegów, to jest to z pewnością Weronika Rosati, której wyraz twarzy praktycznie nie zmienia się przez cały seans. Nie jest to jednak duży mankament filmu Krzyształowicza – zwłaszcza, że reszta wykonawców, odgrywających role drugoplanowe, również spisuje się w Obławie bardzo dobrze.

Podsumowując, nie należy chyba o Obławie pisać już nic więcej ponadto, że film ten po prostu należy zobaczyć, nie zrażając się jego nieudanym zwiastunem czy plakatem. Jako widzowie możemy sobie życzyć tylko i wyłącznie więcej polskich filmów na tak wysokim poziomie artystycznym.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
obietnica
Obietnica – recenzja
niepowstrzymany
Niepowstrzymany – recenzja
slowonam
Słowo na M – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*