nimfomankaEksperymentujący z gatunkami filmowymi Lars von Trier zapragnął po raz kolejny stworzyć obraz kontrowersyjny, wręcz wzbudzający skrajne emocje jeszcze na długo przed premierą. Nic w tym dziwnego, ale należy sobie zadać pytanie: czy film o seksie pozbawiony bezpruderyjnej aury byłby w ogóle przekonujący? Nie tak łatwo rozwiać te wątpliwości, bo czy tak naprawdę jest to wyłącznie produkcja erotyczna?

 
Seligman (Stellan Skarsgård), podstarzały samotnik, przypadkowo znajduje mocno poturbowaną Joe (Charlotte Gainsbourg) w mrocznym, zatęchłym zaułku nieopodal swego mieszkania. Postanawia pomóc skrzywdzonej kobiecie, a ta odwdzięcza się swoją niezwykłą historią. Zagubiona Joe rozlicza się z przeszłością, ukazując, jak od swoich pierwszych erotycznych przygód wkręciła się w przytłaczającą machinę seksoholizmu, co zniszczyło w niej wrażliwość i pozbawiło empatii, działając toksycznie na otoczenie. W swojej chłodnej analizie erudyta Seligman stara się znaleźć na wszystko usprawiedliwienie, wyszukuje porównania do świata natury, sztuki i kultury, starając się ją przekonać, że przecież tylko instynktownie dążyła do szczęścia i harmonii życiowej. Zwraca uwagę, że to narzucone normy społeczne i stereotypy nie pozwalają współczesnej, dojrzałej kobiecie cieszyć się w pełni ze swojego wybujałego życia intymnego, na jej barki zrzucając cały ciężar nagany. Tylko czy Joe, dotąd silna i odważna dewiantka, jest w stanie dalej pielęgnować swoją poniekąd nonkonformistyczną postawę?
  
Właściwie pod płaszczem erotyki ociekającej momentami estetyką porno, znajdujemy dramat kobiety w okowach nałogu, ale opowiedziany tak lekko, inteligentnie muśnięty groteskowym humorem, że z początku nie dostrzegamy głębszej warstwy filmu, poruszeni jego brutalną przyziemnością. Nimfomanka wbrew pozorom nie przełamuje już żadnego tabu, gdyż von Trier zdążył to zrobić wielokrotnie w swojej karierze, przytykając sobie łatkę reżysera wręcz nachalnie obrazoburczego. Znienawidzony przez wielu za swoje kinowe, czasami nie do końca przemyślane prowokacje, wydaje się, że tym razem z jego wyobraźni wykiełkował wreszcie dojrzały, logiczny, wręcz piękny obraz traktujący o meandrach kobiecej seksualności.
  

   

Technicznie rzecz biorąc, od fabuły nie odwraca uwagi dość surowa scenografia w mdłej tonacji kolorystycznej. Jedynym odstępstwem jest tu początkowa, znamienna sekwencja z ponurym podwórkiem otoczonym obskurnymi murami, gdzie po raz pierwszy spotykają się główni bohaterowie, okraszona niepokojącą kompozycją Rammsteinu. Manuel Alberto Claro, który współpracował już z von Trierem przy Melancholii, dzięki dynamicznej pracy kamery, charakterystycznie trzęsącej się tak już od czasu Dogmy 95, uzyskał efektowne zdjęcia, znakomicie wpasowujące się w stylistykę filmu. Niewątpliwie główną uwagę skupiają śmiałe kreacje aktorskie. Niespodziewanie dobrze wypadła debiutująca na ekranie Stacy Martin jako młoda Joe, której partnerował m.in. Shia LaBeouf, znany dotąd głównie z Transformersów. Języczkiem u wagi okazała się scena z Umą Thurman w iście rewelacyjnej formie, pozostająca zdecydowanie jedną z perełekfilmu.
  
Bardzo nad tym ubolewam, że zdecydowano się podzielić Nimfomankę na dwie części. Znając przekorę reżysera wielce prawdopodobnym jest, że te pierwsze pięć rozdziałów to zaledwie prolog, a nie równorzędna, równowartościowa połowa filmu. Zgrzytem są też zauważalne, choć bardzo nieliczne niedoróbki w montażu powstałe po dostosowywaniu ponad pięciogodzinnej wersji reżyserskiej do kinowych realiów. Przekonana jednak o wartości Nimfomanki, pozostaje mimo wszystko czekać z niecierpliwością na (mam nadzieję) puentę wbijającą w fotel.
PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Heniek
Heniek – recenzja
jestemtwoj
Jestem Twój – recenzja
wybuchowapara
Wybuchowa para – recenzja
3 komentarze
  • Kuba Mostowicz
    14 stycznia 2014 at 16:43

    To co pokazuje von Trier w Nimfomance to archaizm. W świecie, w którym seks można oglądać we własnym telefonie na przystanku autobusowym i na wyciągu narciarskim, do kina wybieramy się raczej z innego powodu. Jest tylko jeden powód by na seks patrzeć wspólnie, gdyby mianowicie miało z tego wynikać dojrzewanie i krzepnięcie jakiejś nowej trwałej normy obyczajowej. Do tego jednak kino musiałoby bardzo spoważnieć.

  • Kuba Mostowicz
    14 stycznia 2014 at 16:41

    Tym, którzy tego nie dostrzegają polecam dla przeciwwagi miniatury filmowe z HegreArt, MetArt, IFM, AbbyWinters, X-art. To nie kino, ale Internet dziś decyduje o kształtowaniu obyczajowości. Poziom techniczny i artystyczny tych miniatur bywa wyśmienity. Wizerunek psychologiczny seksu stanowi istotnie nową jakość – rośnie rola dokumentu (choćby wizualnie piękna i dokumentalnie rzetelna masturbacja kobieca w setkach miniatur IFM). Mówiąc o kinie nie można nie dostrzegać tego kontekstu.

  • Kuba Mostowicz
    14 stycznia 2014 at 16:40

    „erotyki ociekającej momentami estetyką porno” ???
    „wreszcie dojrzały, logiczny, wręcz piękny obraz traktujący o meandrach kobiecej seksualności” ???

    Porno z lat 70 „którego estetyką ocieka” von Triera już nie istnieje od 40 lat, a z „kobiecą seksualnością” ma to tyle wspólnego co scena wybijania zębów ze stomatologią. Seks w kinie von Triera jest elementem horroru. Nim się straszy tak jak dzieci straszy się wilkiem!

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*