„No Time To Die”, najnowsza odsłona przygód Jamesa Bonda, jest wyjątkowa przynajmniej z trzech powodów. To jubileuszowy, 25. epizod serii. Ostatnia część, w której Daniel Craig wciela się w rolę tajnego agenta. Pierwszy film jawnie i bezceremonialnie nawiązujący do konkretnej bondowskiej produkcji, będącej do tej pory najbardziej emocjonalnym odcinkiem z sekcji 007, czyli „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” z 1969 roku.

James Bond nie jest już pracownikiem MI6. Odpoczywa w cieniu jamajskich drzew w stylowym domku nad wodą. Woli dzierżyć wędkę i łowić ryby, niż trzymać broń i uśmiercać kolejnych adwersarzy. Sielankę przerywa wizyta starego kumpla z CIA – Felixa Leitera. Po zapoznaniu się ze szczegółami misji Bond postanawia raz jeszcze ocalić świat. Jego pewność siebie szybko zostaje wystawiona na próbę, ponieważ to, co na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło rutynowym zadaniem, w najbliższej przyszłości okaże się sytuacją bez wyjścia.

Reżyserem najnowszego epizodu jest znany z serialu „Detektyw” Cary Joji Fukunaga. Należy odnotować, że to pierwszy w historii serii Amerykanin, któremu pozwolono zająć się realizacją tak epickiego przedsięwzięcia, jakim bez wątpienia jest film o Bondzie. Dokładnie czterdzieści lat temu odmówiono tej przyjemności między innymi Stevenowi Spielbergowi (starał się o posadę reżysera przy 12. odsłonie cyklu – „Tylko dla twoich oczu”), więc dla Fukunagi musi to być sporym wyróżnieniem.

Nie da się mówić o „No Time To Die” nie biorąc na warsztat unitu Daniela Craiga, a także całej serii, która w przyszłym roku obchodzić będzie swoje 60. urodziny. Fukunaga jest ogromnym fanem brytyjskiego agenta, o czym świadczą liczne nawiązania do wcześniejszych odsłon. Reżyser nie podaje nam ich wprost. Wszelkie smaczki czają się gdzieś w tle i są naprawdę wyszukane, jak chociażby suknia tajnej agentki Palomy wzorowana na kreacji Barbary Bach z 10. odsłony serii – „Szpieg, który mnie kochał” z 1977 roku. Hołd złożony został także innym postaciom z serii, których nie widzieliśmy ładnych parę lat. Wszystko to jest pięknie spięte emocjonalną klamrą dedykowaną najwierniejszym fanom Jamesa Bonda.

Dziwić może fakt, że producenci i scenarzyści pozostawili przy fabularnym życiu postaci dr Madeleine Swann i Ernsta Stavro Blofelda, bowiem we wcześniejszym odcinku – „Spectre” z 2015 roku – bohaterowie wykreowani przez Léę Seydoux i Christopha Waltza nie budzili pożądanych emocji. Blofelda spłycono i odarto z wszelkich tajemnic już w pierwszym kwadransie filmu, a z osoby pięknej pani psycholog zrobiono coś na kształt Vesper Lynd, ale bez tego charakternego sznytu, jaki prezentowała Eva Green. Na szczęście, w „No Time To Die” wszystkie te błędy zostały zniwelowane, a postaciom granym przez Seydoux i Waltza nadano odpowiedni anturaż.

Największą zaletą „No Time To Die” są właśnie świetnie nakreśleni bohaterowie. Pod tym kątem to najlepsza część z unitu Craiga. Cyniczna i przy tym niezwykle zabawna Lashana Lynch, wcielająca się w rolę nowego 007, uświadamia nam, że kobieta też „może”, a płeć nie ma tu większego znaczenia. Odgrywający postać partnera Felixa Leitera Billy Magnussen to też perła. Jego ‘wejście’ nie zwiastuje niczego specjalnego, jednak wraz z rozwojem akcji jego bohater nabiera odpowiedniego charakteru. Kwartet MI6, czyli M, Q, Moneypenny i mocno niedoceniany Tanner to już sprawdzony skład. Największe wrażenie robią jednak Lutsifer Safin i wcześniej wspomniana Paloma. Rami Malek w roli złoczyńcy balansuje na cienkiej granicy. Z początku może wydawać się karykaturą łotrów z wcześniejszych odsłon, jednak to tylko pierwsze wrażenie. Najlepiej napisana postać to tajna agentka Paloma, której twarzy użyczyła Ana de Armas. Jej epizodyczna obecność to zdecydowanie najciekawszy fragment produkcji.

„No Time To Die” nie jest wolne od wad. Twórcy poświęcili dużo czasu na stworzenie nowych i dopracowanie starych postaci, ale zgubili gdzieś cały dramatyzm będący głównym motorem napędowym craigowej sagi. Niektóre wątki, jak chociażby powrót Bonda do czynnej służby, dzieją się zdecydowanie za szybko, natomiast elementy wymagające przyspieszenia tempa są niepotrzebnie rozwleczone, jak chociażby sam finał. Reżyser odszedł tu od konsekwentnie zbudowanego dramatyzmu, jaki charakteryzował „Casino Royale” i „Skyfall”, a zastąpił go nadmiernym patosem.

Jeśli zestawić pięć filmów z Danielem Craigiem w roli głównej i ocenić jego jako odrębne dzieła, do najbardziej udanych należeć będą „Casino Royale”, „Skyfall” i najnowsze „No Time To Die”. „Quantum of Solace”, poprzez swoje niedopracowanie scenariuszowe, wydaje się produkcją niepotrzebną, a „Spectre”, z uwagi na brak dobrych rozwiązań, jest najsłabszym ogniwem craigowego łańcucha. Jeśli natomiast oszacujemy filmy jako jedną, spójną historię, zastaniemy chaos i brak konsekwencji, ponieważ Bond jako zimny zabójca i Bond jako kochający, czuły „małżonek” nigdy nie dojdą do porozumienia.

„No Time To Die”, mimo delikatnych skaz, idealnie sprawdza się zarówno jako pojedynczy film, jak i zwieńczenie pewnej ery. Nie jest to poziom wcześniej wymienionych „Casino Royale” i „Skyfall”, jednak czuć w tym obrazie jakąś bliżej nieokreśloną energię. Może faktycznie nie czas umierać, Mr. Craig.

autor recenzji Aleksander Biegała

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
uwiklanie
Uwikłanie – recenzja
lolo
Lolo – recenzja
kolekcjoner
Kolekcjoner – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*