Filmów traktujących o alkoholizmie czy generalnie ryzyku związanym z nadmiernym spożywaniem alkoholu było już wiele. Sami pewnie potraficie w kilka sekund wymienić co najmniej kilka tytułów, w tym tych z naszego rodzimego podwórka. Zazwyczaj jednak temat ujmowany jest na smutno i z morałem, jako przestroga dla oglądających. Tymczasem Thomas Vinterberg w najnowszym obrazie „Na rauszu” podejmuje temat z dużą dozą humoru i powiedziałabym, w sposób przewrotny.

„Na rauszu” to opowieść o czwórce kolegów, nauczycieli, którzy biorą udział w eksperymencie i próbują przez cały czas utrzymać niewielkie stężenie alkoholu we krwi. Wśród panów jest Martin (rewelacyjny jak zawsze Mads Mikkelsen), którego dawno już przytłacza codzienna rutyna, a życie nie dostarcza żadnych ekscytacji. Nie inaczej jest zresztą u jego kompanów, każdy z nich ma własne problemy, życie każdego z nich rysuje się raczej w szarych barwach. Dlatego jak łatwo się domyślić w miarę zwiększania ilości wypijanego alkoholu i upływającego czasu, panowie powoli zatracają się w tym eksperymencie. Wydaje im się, że na nowo otwierają się na świat, odnajdują radość z pracy, z życia, wraca do nich dawna energia. Ale gdzieś tam podskórnie czują też, że to tylko pozory. Jak skończy się ich eksperyment? Czy panowie odkryją również te negatywne skutki alkoholu? Tego Wam już nie zdradzę.



Na pewno natomiast mogę powiedzieć, że najnowsza produkcja Vinterberga zaskakuje humorem i sposobem podania tego poważnego tematu. Uśmiechnięcie się i uśmiejecie w trakcie seansu nie raz, zwłaszcza w trakcie pierwszej części filmu. Nie ma tu również moralizatorskiego tonu, a wszystkie akcenty rozłożone są na tyle równomiernie, że od razu czuć, że nic nie jest tu czarno-białe, to raczej cała gama odcieni szarości. Widzimy to zwłaszcza w drugiej część filmu, gdzie pojawiają się też poważne wątki, które i nas, widzów, skłaniają do refleksji, a ten śmiech z pierwszej połowy obrazu trochę się urywa. Ta przeplatanka śmiechu i dramaturgii sprawia, że film ogląda się z dużym zaangażowaniem, każda minuta zajmuje naszą uwagę i zastanawiamy się jak dalej potoczą się losy bohaterów.

Jeśli zaś chodzi o refleksje z filmu to te pozostają z nami także po seansie, głównie za sprawą zakończenia. Ostatnia ze scen jest bez wątpienia świetnie zrealizowana i zagrana, dopełniona rewelacyjną muzyką i równie genialnym tańcem Madsa Mikkelsena. Do tego pozostawia nas otwartych na dyskusję o dalszym losie głównych postaci i co tu dużo mówić, mocno zapada w pamięć.

Oczywiście jeśli chodzi o obsadę to Mads jest tym, który wysuwa się na pierwszy plan. W „Na rauszu” wypadł nad wyraz dobrze, a nie jest pewnie łatwo zagrać pijanego człowieka. Nie myślcie jednak, że sam Mikkelsen dźwiga ten obraz od strony aktorskiej. Towarzyszą mu bowiem równie świetni Thomas Bo Larsen jako Tommy, Magnus Millang jako Nikolaj oraz Lars Ranthe – Peter, tworząc takich bohaterów, między którymi czuć chemię.


Podsumowując,  „Na rauszu” Thomasa Vinterberga jest tym filmem, który mogę Wam polecić z czystym sumieniem. Jest to produkcja świeża, opowiadająca niebanalną historię, w dodatku super zagrana. Obraz dostał w tym roku Oscara za najlepszy film międzynarodowy i wygląda na to, że była to statuetka w pełni zasłużona.

autorka recenzji: Monika Olejnik

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
legend
Legend – recenzja
ambassada
Ambassada – recenzja
nicdooclenia
Nic do oclenia – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*