Mówią, że zaskoczył, on odpowiada, że nic nie zakładał, eksperymentował, zdawał się na  przypadki i całkiem dobrze na tym wyszedł. Trudno się dziwić, na swoją nową płytę „Moizm” zaprosił dinozaury polskiej elektroniki, wyciągnął różnorodne instrumentarium, a nawet podwinął rękawy i sam został producentem. Przypadek? Nie sądzę. Raczej kwestia intuicji i talentu. O tym, dlaczego warto wyganiać perkusistę w pole, skąd biorą się negatywne recenzje koncertów i ile płyt planuje wydać w 2014 roku rozmawiałam z Tomkiem Makowieckim przy okazji jego koncertu w łódzkiej Wytwórni.

Daria Kubasiewicz: Jakiś czas temu miałam okazję porozmawiać z Krzysiem Zalewskim i przygotowując pytania dla Ciebie znalazłam pomiędzy Wami pewne analogie. Najbardziej oczywista to Idol, ale także obydwaj po pierwszych wydawnictwach zrobiliście sobie długą przerwę, Ty sześć lat, on dziewięć i obydwaj przez czas solowego, wydawniczego niebytu wciąż udzielaliście się muzycznie przy przeróżnych projektach. Krzysztof bez żenady przyznał, że musiał po prostu dojrzeć muzycznie. U Ciebie było podobnie?

Tomek Makowiecki: Bardzo dobrze to określił. Rzeczywiście, ten okres ostatnich paru lat nazwałbym taką inwestycją w siebie. Pomimo że miałem przerwę w swoich solowych wydawnictwach, to cały czas gdzieś tam działałem.  Nauczyłem się wielu rzeczy, choćby tego, że tę płytę mogłem zrealizować, wyprodukować sam, od początku do końca.  To był potrzebny czas.

D.K.: A teraz, po tych sześciu latach, dla Ciebie jako muzyka, solisty, a teraz producenta zmieniło się coś na lepsze na polskim rynku wydawniczym?

T.M.: Zmieniło się wiele i wiele na lepsze. Chyba ostatni rok pokazał, że polski rynek muzyczny ma się całkiem nieźle i pojawiła się też masa nowych artystów, fajnych, bezkompromisowych, którzy nie marudzą i nie mają kompleksów wobec Zachodu. Do tego mamy teraz takie środki wyrazu, przekazu, możliwości by nagrywać. Trochę odnoszę wrażenie jakbyśmy dopiero w zeszłym roku podłączyli się do Internetu i zaczęli robić muzę na światowym poziomie. Lepiej późno niż wcale.

D.K.: „Moizm” najczęściej dostaje łatkę płyty elektronicznej, niektórzy chyba słusznie nazywają ją po prostu eklektyczną, a ja wyłapałam z Twoich wypowiedzi jeszcze jedno słowo klucz: przypadkowa. Jak mamy rozumieć tę przypadkowość?

T.M.: Chodzi o to, że pracując nad tą płytą nie miałem założeń, nie narzucałem sobie jakichś takich stricte ram, w których będę się poruszał. To nie miało żadnego znaczenia, czy ta płyta będzie elektroniczna, taneczna, metalowa czy jakakolwiek inna. W zasadzie działałem intuicyjnie w tym sensie, że korzystałem z rzeczy, które miałem pod ręką, które zaczęły mnie inspirować. I pomimo tego, że ta płyta jest faktycznie produkcyjnie przemyślana, to jest na niej masa przypadkowości. Też  z racji tego, że dużo rzeczy robię pod wpływem chwili i albo coś zostaje, albo coś wypieprzam. Intuicja, przypadkowość, brud – to są  rzeczy, które ja lubię w muzyce. Teraz w ogóle mam ogromną ochotę zrobić taką płytę, która będzie  właśnie zapisem danej chwili, danego momentu i chcę to zrobić w krótkim czasie.

D.K.: Uprzedziłeś trochę moje pytanie, bo pamiętam, że z  początkiem nowego roku napisałeś na swoim facebook’u, że planujesz w 2014 co najmniej dwa nowe wydawnictwa.

T.M.: To moje postanowienie noworoczne. Chciałbym i na pewno to zrealizuję. W najbliższym czasie mam zamiar spędzić ze swoim zespołem dwa tygodnie i przez ten czas zrobić coś od początku do końca. A przynajmniej chcemy podjąć takie ryzyko, bo faktycznie są takie momenty, że spotykamy się, gramy próby i wychodzą fajne rzeczy, które zwyczajnie nam umykają. Nie rejestrujemy tego i później się okazuje, że mieliśmy coś dobrego, a nie jesteśmy w stanie do tego wrócić. Z drugiej strony działając w ten sposób można by wydawać i trzy płyty rocznie.

D.K.: Wracając jeszcze do odbioru „Moizmu”, to jakoś bawi mnie ten motyw, gdy wszyscy mówią o zaskakującym brzmieniu tej płyty. Spodziewam się oczywistej odpowiedzi, ale może warto zadać to pytanie. Czy jakikolwiek artysta siadając do płyty myśli „Hmm… czym by tu zaskoczyć?”

T.M.: Zdecydowanie nie. (śmiech) W zasadzie to nawet zastanawiam się co mogło ludzi zaskoczyć ? To, że zacząłem wykorzystywać takie instrumentarium a nie inne, czy że niektóre utwory trwają dziesięć minut? Ja po prostu dałem sobie dużą swobodę, dużą wolność. Pierwszą płytę wydałem mając osiemnaście lat na kontrakcie z dużą wytwórnią płytową, gdzie masz producenta muzycznego, wykonawczego, takiego cenzora, który czuwa nad tym co robisz. Jeśli są to silne osobowości i do tego mają na koncie parę wydanych płyt, to idziesz za ich radami. A tutaj po raz pierwszy miałem takie poczucie, że po prostu mam to wszystko gdzieś i robię dokładnie to na co mam ochotę. I  nikt nie jest w stanie mi powiedzieć, że tak się nie powinno robić albo to co robię jest złe. Ta przypadkowość, o której mówiliśmy wyniknęła z wielu eksperymentów. Na przykład będąc na Kaszubach z moim perkusistą robiliśmy takie rzeczy, że wysyłałem go w pole, stawialiśmy mikrofony daleko od siebie, on sobie puszczał na słuchawkach numer do którego grał i później wklejaliśmy to do aranżu. To są rzeczy, z których czerpiesz dużą frajdę. Nie nagraliśmy też tej płyty w jakichś wyjątkowych warunkach. To wszystko było takie prowizoryczno – handmade’owo – zwyczajne.

D.K.: To wszystko o czym mówisz, ta swoboda, eksperymenty, przypadkowość musi dawać Wam spore pole do popisu na koncertach. Dużo improwizujecie tak, że ponosi Was w jakieś nowe rejony?

T.M.: Staramy się i mamy też coraz większą łatwość, bo jednak wciąż jest to materiał, który jest jakąś skończoną całością. Na przykład w Tychach gościnnie w trzech numerach zagrał z nami Józef Skrzek i to było super doświadczenie, wyszliśmy bez próby, nigdy wcześniej ze sobą nie grając. To nam pokazało, że tak naprawdę bazujemy na wzajemnym zaufaniu, na własnej intuicji. Poza tym, znamy się z zespołem już tak długo, że mamy wielką łatwość w komunikowaniu się poprzez muzykę, kiedy gramy ze sobą, to po prostu jest ta chemia.

D.K.: To co takiego stało się w Sopocie, że doczekaliście się tak szatańskiej recenzji koncertu, którą z resztą bardzo ochoczo zacytowaliście na facebookowym profilu?

T.M.: To był ciekawy koncert (śmiech), ale recenzja była przegięta. W ogóle to miejsce, w którym zagraliśmy (Klub Scena) jest dość nieprzyjemne i nie mam problemu o tym mówić, bo właściciel tej knajpy ma bardzo niefajne podejście i do ludzi i do artystów. Mam wrażenie, że jedyne na czym mu zależy, to na zarobieniu pieniędzy. Mieliśmy masę organizacyjnych problemów już na starcie, nawet chcieliśmy już przenosić ten koncert do klubu obok, więc faktycznie atmosfera była dość napięta. I ten koncert był po prostu bardzo mocny, w tym sensie, że wywaliliśmy z siebie całą tę mieszankę nerwów i stresu. A to była jedyna recenzja z która się spotkałem, która opisała to w ten sposób. Tak naprawdę tak nie było, była fajna energia, świetny kontakt z ludźmi, intensywne przeżycie.

D.K.: Na „Moizmie” pojawili się też znakomicie goście i to jest niesamowite, że sięgnąłeś po muzyczne dinozaury. Wiesz, skoro tyle tej elektroniki, to można było pójść na łatwiznę i zgłosić się na przykład do chłopaków z Kamp!, którzy są teraz na fali, ale Ty wolałeś na przykład takiego Władysława Komendarka, zwanego często papieżem polskiej elektroniki. W zeszłym roku byłam na jego koncercie, wyszłam zachwycona, ale przez pierwsze pół godziny byłam przerażona.

T.M.: Ja sam jadąc na spotkanie z nim byłem przerażony, bo jak wiadomo to nie jest człowiek z tej planety. Pojechałem do niego z Danielem Bloomem, który go dobrze zna, bo nie wiedziałem czego się spodziewać. I w trakcie spotkania miałem wrażenie, że był taki moment, gdzie on mnie trochę badał. Kim Ty w ogóle jesteś? Po co przyjechałeś? Czego ode mnie chcesz? Musiałem mu opowiedzieć trochę o sobie, puściłem swoje rzeczy, po czym on bardzo się otworzył, oprowadził nas po swoim domu, pokazał instrumenty, przedwojenne winyle, zagrał nam koncert i jamowaliśmy do piątej nad ranem. Okazał się człowiekiem bardzo młodym duchem, nawet miałem tego wieczoru taki moment, gdzie poczułem, że obcuję z geniuszem. Pytasz dlaczego ich zaprosiłem?

D.K.: Wiesz, chodzi mi o to, że te nazwiska niektórym młodym ludziom mogą nic nie mówić.

T.M.: I zazwyczaj nic nie mówią. Oczywiście, można było zwrócić się do wielu obecnie modnych artystów, ale mi zawsze podobało się podejście Damona Albarna, który na płyty Gorillaz zapraszał ludzi, którzy czasy świetności mają już dawno za sobą, a są niezwykłymi artystami. I jak kończyłem płytę, to pojawiły się dwa długie numery, suity i stwierdziłem, że Józef Skrzek i Władysław Komendarek, to w zasadzie jedyni ludzie w tym kraju, którzy chyba tak naprawdę potrafiliby się z w tym odnaleźć. Przecież w Polsce to oni są prekursorami muzyki elektronicznej, dla mnie to artyści, którzy nigdy nie zeszli ze swojej ścieżki. Oczywiście jak to u mnie, to wszystko było spontaniczne, tydzień przed oddaniem płyty telefon do Józefa Skrzeka, czy nie zechciałby gościnnie wystąpić i o dziwo nie musiałem ich jakoś specjalnie nakłaniać, wysłuchali tych rzeczy i powiedzieli tak.

D.K.: To tak na koniec. Słyszałam, że ubolewasz nad tym, iż ludzie nie słuchają już całych płyt. Niektórzy nawet zaczynają i kończą na singlu. To jakiej dobrej płyty Ty ostatnio wysłuchałeś w całości?

T.M.: Taką płytą, którą słucham zawsze od początku do końca, jest płyta „Relayted” zespołu Gayngs, w którym gra Bon Iver. I jest to krążek, którego często słuchałem pracując nad „Moizmem.”

D.K.: A coś polskiego?

T.M.: Ostatni Bajm. A tak na serio przesłuchałem BOKKĘ i mi weszła, podoba mi się też Fismoll i „Hellada” Rebeki.

D.K.: Dziękuję za rozmowę.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Psychocukier
W ogniu pytań: Sasza Tomaszewski (Psychocukier)
Szymon_Winiewski
W ogniu pytań: Szymon Wiśniewski (Alegorya)
Daniel_Spaleniak_fot._Weronika_Izdebska
Daniel Spaleniak: Nie wierzyłem, że mogę śpiewać (wywiad)

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*