ted_kanapa_odbijaj_1Ted Nemeth, łódzki zespół, w którego skład wchodzą: Patryk Pietrzak, Michał Gibki, Mateusz Miągowski i Mateusz Dziworski, przyjął mnie w swojej sali prób, by opowiedzieć trochę o swych powłokach i wnętrznościach.

Uwaga! Jest okazja, by chłopaków spotkać i topić się w dźwiękach przez nich generowanych – 21 grudnia (sobota) w Stereo Krogs. Można będzie też zabrać ich do domu, bowiem tam do kupienia EPki, koszulki, plakaty. Przed Tedami zagra warszawski zespół Animal Bar.

Jak Wam patronuje Ted Bundy?

Patryk: Ja byłem zafascynowany Tedem Bundy, od kiedy dostałem od mamy książkę „Psychologia dla żółtodziobów”. On był tam podawany jako przykład każdego spaczenia psychicznego. Koleś, który był mega przystojny, laski na niego leciały, był bardzo dobrym studentem, duszą towarzystwa, ale miał spaczenie na punkcie jednej konkretnej kobiety, jednego typu urody.

Gibki: Kiedy ja przypominam sobie postać Teda Bundy’ego to chcę robić wszystko, żeby nie być taki jak on.

Patryk: To, że Ted Bundy wziął się w naszej nazwie wynika z tego, że w CKMie było zestawienie największych morderców, a obok zestawienie największych patenciarzy. Popatrzyłem na Teda, znałem jego historię, nie ma jakiejś zasady, że wzięliśmy akurat jego. Jakoś mnie ciekawi ten człowiek, to, jak można być tak popierdolonym.

Gibki: Przy okazji do powstania naszej nazwy przyczyniła się polska prasa dla mężczyzn. I to jest śmieszne, dlaczego w polskiej prasie na śniadanie na pierwszej stronie dostajemy morderców, a na drugiej patenciarzy. I gazety o takiej zawartości się sprzedają.

Przechodząc płynnie od nazwy do logo. O ile wasza nazwa jest pewną kompilacją, to samo powiedzieć można o logo. Jest to jakieś nieistniejące stworzenie powstałe z połączenia tych realnych.

Patryk: Nazywamy go wielorybo-ptak.

Matiz : To były totalnie same początki, jeszcze w ogóle nie zajmowałem się grafiką tylko rysowałem dużo. Pamiętam, że skoro już założyliśmy zespół, znaleźliśmy nazwę to potrzebne było logo. Po prostu pewnego wieczora wziąłem dużo kartek od drukarki, długopis i zacząłem rysować. Z tego wyniknęło z 10 stron małych obrazków. Podobały mi się przedmioty w locie, potem przypomniałem sobie, że Patryk boi się wielorybów.

Patryk: To jest moja jedyna fobia, panicznie boję się wielorybów.

Matiz: Nie wiem czy to można podciągać pod – wymyśliłem i zrealizowałem. Było trochę odwrotnie – narysowałem i dopiero potem to zaczęło nabierać znaczenia. Myślę, że po części jest też tak z naszą nazwą – dopiero po paru latach od powstania kombinowaliśmy czy może to do czegoś pasuje, nie gadaliśmy o tym, ale myślę, że każdy miał takie przemyślenia w pewnym momencie.

Mateusz: Matiz kiedyś na próbę przyniósł nam właśnie kilka tych kartek i tych projektów logo było kilka, jak nie kilkadziesiąt. To była taka jego własna burza mózgów, my po prostu wybraliśmy.

Gibki: Bardzo fajnym widokiem jest płynący wieloryb…

Patryk: Jest strasznym widokiem, przerażającym! Głębia oceanu i płynący wieloryb – wiem, że to jest tylko film i nie zrobi mi krzywdy, ale czuję strach. Boję się takiej ogromnej przestrzeni. Jak widzę w telewizji ocean, jest tylko niebiesko i nie daj boże widzę tam ten ogon… To jest jakieś schorzenie.

Mateusz: A mi się wydaje, nie chcę wnikać w twoje inspiracje Matiz, ale to też był taki moment, kiedy wszyscy byliśmy zafascynowani takim zjawiskiem jak murmuration. Na listopad/grudzień wiele ptaków z jednego miejsca odlatuje do ciepłych krajów.

Gibki: Wygląda to niesamowicie.

Mateusz: Niesamowicie, bo tych ptaków jest tam kilka, jak nie kilkadziesiąt tysięcy naraz.

Patryk: One lecą w kluczu, ufają sobie w ciemno, odbierają tylko ten tor powietrza, który daje im ptak z przodu. Są jak tuńczyki w wodzie, jak jeden organizm. Ale nie wiem, po co to opowiadasz…

Mateusz: Wydaje mi się, że właśnie tym się inspirowaliśmy.

Patryk: Stary, podobał mi się brzuch tego ptaka, bo przypominał wieloryba.

Gibki: Mi się z tym logiem kojarzy film, który Patryk mi pokazał, właśnie o wielorybie. Wykorzystaliśmy go kiedyś w wizualizacji.

Patryk: „Whale rider”. Połączyliśmy go z filmem „Freaks”. I tak sobie myślę, że ta wizualizacja świetnie wpisuje się też w nazwę zespołu.

Matiz: Ogólnie bardzo śmiesznym zjawiskiem jest to, kiedy robisz coś, potem jest ten okres, kiedy się do tego przyzwyczajasz, potem o tym zapominasz i nagle do tego wracasz. Tak jest teraz. Nikt nas nie pytał o logo i nagle zaczynamy się zastanawiać i wszystko się tak ładnie zazębia.

Opowiedzcie mi o genezie zespołu. Jak doszło do tego, że siedzicie tutaj teraz razem i macie zespół Ted Nemeth?

Gibki: Bo jest fajnie razem, w kupie siła.

Patryk: Ja zawsze chciałem mieć zespół. Odkąd zacząłem grać na gitarze, a miałem wtedy ze 12 lat, wiedziałem, że chcę grać w zespole. Grałem w Delirium, wciągnąłem tam Michała, ale później dostałem się na studia i trzeba było decydować. Należało ograniczyć liczbę rzeczy, w które się angażujesz. Chłopaków znałem już wcześniej, ale nigdy nie graliśmy razem.

Matiz: Właściwie połączyła nas salka.

Patryk: Tak, mieliśmy wspólną salkę prób, stwierdziliśmy, że pogramy razem.

Gibki: I zażyło.

Patryk: A dlaczego siedzimy? Nie widzę innej możliwości. To jest jedyny sposób, w jaki mogę mówić, wyrażać to, co myślę.

Gibki: Granie w zespole było moim marzeniem od zawsze. Może nie odkąd pamiętam, bo pierwszą ambicją było pisanie książek. Jak miałem 4 lata to mówiłem rodzicom, że napiszę książkę o życiu…

(Matiz: Ja chciałem być tramwajarzem)

(Mateusz: Ja też chciałem być tramwajarzem, stary!)

Gibki: …człowieka w XXI wieku. Ale od szkoły podstawowej zainteresowałem się rockową muzyką amerykańską i zacząłem grać na gitarze. Ogromną radość sprawiało mi chodzenie na wszelkie możliwe koncerty, świetne zespoły widziałem, pamiętam jeszcze klub Forum Fabricum w Łodzi, który był legendarny i nieodżałowany. W takiej starej fabryce przy rogu Kopernika i Wólczańskiej. Widziałem tam trzy razy Ściankę, dwa razy Świetliki, pierwszy koncert Pustek w Łodzi, Waglewskiego z VooVoo. Ta energia, którą muzycy dawali słuchającej osobie, była dla mnie czymś niesamowitym, podobnie wspominam oglądnie filmu „Hype! – zadyma” o scenie w Seattle. Byłem na łódzkiej prapremierze tego filmu. W ogóle ludzie, którzy się jednoczą i przychodzą posłuchać muzyki, coś przeżyć, czegoś się dowiedzieć, albo nawet po prostu wspólnie spędzić czas, zawsze mi się to podobało. W tym celu zacząłem grać na gitarze, żeby coś takiego robić, dzielić się z ludźmi dźwiękiem.

Patryk: Fajne jest to, że tutaj przygotowujemy coś, ale robimy to po to, żeby później zagrać dla ludzi. Ci ludzie przychodzą, ja to odczuwam w zasadzie od niedawna, że ci ludzie naprawdę przychodzą i jest ich dosyć dużo. Zawsze chciałbym, żeby było jeszcze więcej, ale z jakiegoś powodu przychodzą i chcą czegoś wysłuchać. To jest najlepsze, co może być.

Osobiście olbrzymią uwagę przykładam do warstwy tekstowej piosenek.

Patryk: (śmiech) Powiedz to Matiemu.

Matiz: Mati ma w dupie teksty.

Mateusz: Ja nigdy nie słucham teksów. Dla mnie liczy się tylko muzyka, wokal jest po prostu kolejnym instrumentem. Ciekawie można go wykorzystać, ale…

Patryk: Jest wiele konfliktów z tego tytułu. (uśmiech)

Skupiając się jednak na tekstach – rodzi się pytanie. To jest maska, gra, drugie serce wyprodukowane na potrzeby tworzenia czy też kalka z rzeczywistości? Wydajesz się ambiwalentną mieszanką – w tekstach depresyjny, poza nimi – wyluzowany.

Patryk: Przychodzisz tutaj do nas i na dzień dobry, poznając mnie czy nas, nie powiedziałaś o tym, co myślałaś, co cię martwiło dzisiaj rano, albo co cię będzie martwić wieczorem. To jest zrozumiałe. A to pytanie jest o tyle trudne, że po to zacząłem w ogóle pisać teksty do muzyki, żeby nie mówić o tym, co ewentualnie jest jakimś problemem. Wolałbym nie być raczej typem depresyjnym, wolałbym też nie ściemniać. To, co jest tam, jest tam właśnie po to, żebym nie musiał o tym mówić.

Poza tym – piszę jedno zdanie i dla mnie ono coś znaczy, ale dla ciebie znaczy już coś zupełnie innego i okazuje się, że dla piętnastu osób, które stoją pod sceną znaczy to również coś innego. Najlepszym momentem, jaki może być, to kiedy ktoś podchodzi i mówi: „to jest też o mnie”. Przekaz jest na tyle uniwersalny, że ktoś może się z tym identyfikować – to poprawia mi humor. Oznacza, że dużo ludzi myśli o pewnych rzeczach, ale ich nie mówi, może nie ma gdzie powiedzieć.

Gibki: Beck kiedyś powiedział tak – „Niektórzy ludzie jak mają problem to siadają i obgryzają paznokcie, inni piją butelkę Bourbonu, jeszcze inni strzelają sobie w łeb. Ja piszę piosenki.”

W jakich zespołach graliście wcześniej? Jakie były wasze pierwsze zespoły?

Gibki: Ja jestem najstarszy, mogę zacząć. Moim pierwszym zespołem było Imodium, miałem z 14 lat. Ale te próby się szybko rozpłynęły w morzu taniego wina. To były początki, wtedy też zacząłem poznawać ludzi, którzy są starsi ode mnie sporo lat, ale do dzisiaj działają na łódzkiej scenie muzycznej. Potem był Blind watchdog i tu już jest o czym gadać, bo udało nam się nagrać sześć utworów, zagrać kilkanaście koncertów, w tym koncert przed Comą. To były zamierzchłe czasy, Coma grała wtedy za 5zł. Zespół rozpadł się z powodów personalnych.

Patryk: Ale to jest naprawdę fajna muzyka, sami jej słuchaliśmy.

Mateusz: Ostrzejsze granie niż nasze.

Gibki: Nie, nie. Tak jakby Doorsi chcieli grać jak Joy Division powiedzmy…

Patryk: …i przyjechali do Łodzi. (śmiech)

Gibki: Teksty były po angielsku, co mi też do końca nie odpowiadało. Pełniłem w tamtym zespole funkcję basisty. Potem na studiach, w 2004 roku, zacząłem grać w zespole Amein, nagraliśmy kilkanaście kawałków, zagraliśmy jakieś koncerty, ale byliśmy po prostu zespołem sali prób, a ja chciałem grać koncerty.

Matiz: Puenta Ameinu jest dobra, kiedy przeczytasz ten wyraz od tyłu.

Gibki: Tak, nazwa zespołu wzięła się od „nie ma” czytanego od tyłu. Ale w Ameinie podszkoliłem gitarę, poprawiłem sobie zestaw sprzętu i byłem gotowy, żeby po 4/5 latach odejść od muzycznego męczenia się i twórczego marazmu. Słuchałem i poznawałem nową muzykę i wiedziałem, że można robić lepiej, ale z ludźmi nie można było się dogadać albo zawsze były przeszkody, rzeczy ważniejsze od muzyki. Mi się to nie podobało. Ale kiedy poznałem Patryka, poczułem, że spotkał mnie człowiek, który jest moją bratnią duszą, ktoś, kto chce tego samego, co ja. Po prostu. I to było zadziwiające. Bo czułem się już totalnie beznadziejnie, miałem ogromną depresję z powodu tego, że wszystkie moje starania spełzały na niczym i że nic nie dało się zrobić, bo ludziom ode mnie z zespołu bardziej zależało na tym, żeby się upić i mieć fajną imprezę, niż żeby stworzyć fajną piosenkę. Ta postawa mnie dużo kosztowała – czasu, nerwów, zdrowia. Ale w Tedzie jest inaczej i to szanuję.

Mateusz: My (z Matizem) mamy do pewnego czasu wspólną historię. Jakoś w jednym momencie podjęliśmy decyzję, że będziemy grali.

Matiz: To był ten sam okres czasu, kiedy zaczynaliśmy grać na instrumentach. Chodziliśmy do centrum zajęć pozaszkolnych i założyliśmy zespół, jeszcze z dwoma kolegami.

Mateusz: Tam numerów powstało całkiem sporo, ale to były numery niskiej jakości. To był Liquid. Potem nastąpił impas i postanowiliśmy zrobić reorganizację. Zmienił się lekko skład i od tamtego czasu Liquid rozwinął się, miał taki golden age. I w tym samym czasie rozwinęły nam się poboczne projekty.

Matiz: Ja grałem w death metalowym zespole Borders

Mateusz: A Liquid to też jest metalowy zespół, tylko taki bardziej progresywny. Na przykład nie mamy wokalisty do dzisiaj, od pięciu lat chyba… No dobra, mów o Bordersach.

Matiz: Nie ma właściwie o czym. Nie zagraliśmy żadnego koncertu, zrobiliśmy z 6 utworów, potem to wszystko się rozpadło. To było raczej hobbystyczne.

Mateusz: Ja hobbystycznie założyłem z ludźmi z liceum zespół EKS, który grał covery, ale nie takie 1:1. Chcieliśmy tam zawsze wpleść coś własnego. Mieliśmy na pokładzie Esterę, która grała na skrzypcach elektronicznych i ona naprawdę umiała to robić, była po szkołach muzycznych. Ale to były takie ćwiczenia. Zagraliśmy ze 2/3 koncerty i ten zespół się rozpadł. Wspólnie stwierdziliśmy, że każdy chce robić coś swojego, ale już z założenia ten zespół miał taki być – pogramy i się rozejdziemy.

Matiz: Dla nas ten zespół jest chyba pierwszym, który tak prężnie działa, jest naprawdę konsekwentny, dobrze zaplanowany i najkonkretniejszy na dzień dzisiejszy. Chociaż po prawie roku przerwy wróciliśmy do pracy z Liquidem. On sobie odleżał i znowu się zbieramy, kto wie.

Mateusz: Zaczyna się robić gorąco. Jest akcja, także niedługo powrót.

Patryk: Ja chciałem mieć zespół od początku, więc zacząłem go formować, bo okazuje się, że nie wystarczy, żeby ludzie się spotykali i grali, tylko trzeba mieć cel i do niego dążyć. Otoczyć się ludźmi, którzy będą chcieli tworzyć ten zespół i obrać pewien kierunek. Próbowałem to robić, od kiedy tylko zacząłem grać na gitarze. Załatwiłem sobie gitarę elektryczną, początkowo to był kolega z Nowosolnej, Janek, który mnie zresztą perfidnie okłamał. Ja byłem wtedy absolutnie w niewiedzy, jeśli chodzi o zespoły, miałem z 11 czy 12 lat, mniej nawet. On mnie okłamał, mówiąc, że grał w Guano Apes i że są z Brzezin. Naprawdę, nie mogę mu wybaczyć do dzisiaj, jak mógł mnie tak okłamywać. Ja później z nim grałem w takim duecie i nawet pisałem jakieś pierwsze piosenki: Nie wiedziałem jeszcze, że mnie zjedzą kleszcze, na przykład. Miałem 11 lat. Później jak już dostałem pierwszą gitarę elektryczną, trudno to nazwać zespołem, po prostu w gimnazjum spotkaliśmy się i graliśmy numery Nirvany. Namówiłem mojego dobrego kolegę, który absolutnie nie myślał nigdy o grze na perkusji, żeby kupił starego Polmuza i założyliśmy Delirium. Później znaleźliśmy basistę, jeśli można tak o nim powiedzieć, którego pozdrawiam serdecznie. Ale otoczyłem się ludźmi tylko po to, żeby mieć zespół, pisałem teksty, całą muzykę. Brakowało tego, żeby była wspólna energia. Mieliśmy po 14/15 lat, załatwialiśmy sobie, gdzie tylko można było, koncerty, nawet ktoś na nie przychodził, ale cały czas czułem się ułomny o technikę, która mnie otaczała. To nie domagało po prostu, mimo tego jak bardzo lubię tych ludzi. I później pojawił się Gibus, którego wciągnąłem do Delirium, co bardzo poprawiło sposób pracy. Gibus jest bardzo umuzyczniony, a później pojawili się chłopaki i zaczęliśmy robić wspólne jamy i stwierdziłem, że będę sadził marchewki z tym, co chce sadzić marchewki, a nie ma pole buraków. Chodzi o energię, która się pojawiła tutaj.

Mateusz: Jeszcze o solowej karierze powiedz.

Patryk: Nie wiem czy to z tej niemocy zespołowej, ale zawsze pisałem dużo i nagrywałem sam. W pewnym momencie zaprzestałem. Nadal piszę dużo materiału i nie wszystko wykorzystujemy w Tedzie, tylko kiedyś miałem łatwiej, mogłem nagrywać w domu, bo miałem wszystko pod ręką, a teraz to jest na sali. Poza tym chyba nie mam takiego zapału, kompletnie nie znam się na elektronice, nie umiem dojść, gdzie są jakie kabelki, jak trzeba je połączyć, żeby dobrze działało, jaką kartę graficzną kupić, żeby był dobry dźwięk w komputerze..

Gibki: Kartę graficzną! (śmiech)

Patryk: No właśnie! Widzicie! Cała energia wchodzi w Teda i jestem w tym tak bardzo, że wolę nie rozdrabniać się na drobne.

Czy muzyka, której słuchacie jest tożsama z tym, co gracie, czy raczej wasze horyzonty rozpięte są szeroko? Jakiej muzyki słuchacie prywatnie?

Mateusz: To jest różnie. Każdy z nas ma swoje perełki, ale mamy też wspólne pole, gdzie są zespoły, które naprawdę cenimy. Może niekoniecznie gramy taką muzyki, ale bardzo się inspirujemy.

Patryk: Autolux…

Mateusz: Ja na przykład w życiu nie słyszałem tego zespołu. Mówię, że jest takie pole, gdzie wszyscy jesteśmy zafascynowani..

Patryk: Ale jakie jest to pole? Ustalmy to. Trzeba to w końcu zrobić. Jakie jest pole wspólnych zainteresowań? Bo każdy ma jakieś dziwne, odległe. Szybko, ustalmy to.

Mateusz: Bonobo, Dick 4 Dick. Ta piosenka z Murmuration…

Patryk: No ale jeżeli ja, Gibus i Matiz uwielbiamy Autolux to jest to ¾, czyli jesteś przegłosowy. Inspirujemy się Autolux.

Matiz: Cool Kidsów bardzo lubię…

Gibki: Ja na przykład zawsze słuchałem Ścianki. Była moim najukochańszym polskim zespołem.

Matiz: Ja lubię noise’owe zespoły, które brzmią mega brudno.

Gibki: Na przykład to z japonką na basie [nuci]. Deerhoof! Jaka zajebista kapela, chylę czoła.

Mateusz: Ja z Matizem inspirujemy się metalem, bo słuchamy go na co dzień.

Matiz: Slayera lubię. Mam tatuaż Slayera na plecach.

Mateusz: Jak przychodziłem z Liquidu to myśl miałem czysto nakierowaną na granie metalu, ale trafiłem do zespołu, który o wiele lżej traktuje muzykę, choć równie ciekawie. I ja na początku chciałem zawrzeć w tym zagrywki basowe, które wywodzą się z metalu i wydaje mi się, że do dziś to tutaj istnieje i może nas trochę wyróżniać.

Gibki: Ja mam tak, że kiedy jestem już nasłuchany muzyki to chcę grać coś, czego jeszcze nie słyszałem. Nie – chcę zagrać jak to czy tamto, tylko ad minimum – chcę, żeby to tak nie brzmiało, bo mam już tego za dużo. Uważam, że jeżeli coś ułożymy i za rok będę chciał zagrać tę piosenkę i będę ją grał z tą samą radochą, to jest to dobra piosenka. Wiem, że ta muzyka łączy się z naszym życiem i potrafi łączyć się naprawdę głęboko. Podejmując decyzje o tym, który dźwięk się zagra, żyje się z tym dźwiękiem dalej.

Mateusz: Myślę, że każdy ma jakieś tam swoje perełki. Że są one w każdym rodzaju muzyki.

Patryk: Nigdy nie interesowały mnie skomplikowane technicznie rzeczy, zawsze pociągało mnie to, co jest proste w przekazie i uderzające, przemawiające do ciebie. Dlatego na początku muzycznej przygody byłem zafascynowany Nirvaną, bo ten przekaz i ta prostota kompletnie do mnie przemawiały. Ale ostatnio słuchałem Jerry’ego Lee Lewis i Chucka Berry’ego. Trudno określić, to jest taki przestrzał. Wczoraj na przykład spędziłem cały dzień, słuchając Franka Sinatry. Bo też jestem wyznawcą winyla. Próbuję gromadzić wszystko, czego słucham na winylu.

Mateusz: Dla mnie duże znaczenie mają melodie, melodyczność. Przede wszystkim, żeby wychwycić tę mnogość dźwięku, żeby to było ciekawe.

Patryk: Warpaint, ludzie! Wszystkich nas łączy Warpaint.

Gibki: Na maksa, mimo że to jest dziewczyński zespół. Ja na przykład słucham też sporo jazzu i znam się na nim trochę, bo kiedy studiowałem filozofię, uczestniczyłem w zajęciach „Estetyka jazzu”. Szanuję bardzo muzyków, którzy robili mnóstwo hałasu bez wzmacniaczy, bez współczesnej techniki. Ale ten jazz jest też dzisiaj współczesny, jest mnóstwo zespołów. Cinematic Orchestra robi świetną muzykę.

Mateusz: Pink Freud! Ja się nimi bardzo inspiruję.

Gibki: Pink Freud z polskich. Albo taki stary zespół Mordy. Ewa Braun. Myślę, że ta muzyka jazzowa jest zawsze w popie też słyszalna. Ale jak przesadzisz to przestaje to być dla popowego odbiorcy chwytliwe i wesołe. Ludzie często słuchają piosenek, które wchodzą do głowy.

Patryk: Zakładając zespół, wiedziałem, że chce grać pop. Pop w dobrym tego słowa znaczeniu. Pop to jest melodia, która wchodzi ci do głowy, pop jest czymś, co zapamiętasz, co z tobą chodzi. To nie musi być ten pop, który jest dzisiaj, piosenki, które wchodzą w głowę, bo to jest melodia wręcz zaprogramowana komputerowo. Zapomniano chyba o tym, że to można osiągnąć w garażu brudnym dźwiękiem.

Gibki: Ogólnie to można mnożyć.

Patryk: Moglibyśmy siedzieć do wieczora i nie doszlibyśmy do żadnego konsensusu.

Gibki: Ale to jest ciekawe, że w naszym życiu muzycznym – salowym, zespołowym – podchodzi się z szacunkiem do muzyki, do tego, jaka jest wielość.

Macie EPkę. I co dalej?

Patryk: To jest bardzo konkretne pytanie i ja mam na nie odpowiedź. Mam problem z ocenieniem czy nas znają w Łodzi. Ludzie przychodzą na koncerty, niby jest ich coraz więcej, ale jednocześnie nie kupują płyt i koszulek. Rozumiem to – nie mają pieniędzy. Więc chyba naszym planem, który mamy na ten moment jest wyjechanie z Łodzi. Zrobienie trasy samemu. Nikt nas nie reprezentuje, sami wszystko robimy. Zrobiliśmy dużo koszulek i chcemy je sprzedać, żeby mieć pieniądze na nagrywanie. W końcu stycznia, jak chłopaki już będą po sesji, chcemy usiąść i logistycznie to załatwić, dzwonić do klubów. Zrobić takie tournee.

Gibki: Ale to jest masakra, że w Polsce ciężko jest załatwić sobie koncert. Kiedyś takich problemów nie było. Zespoły wyjeżdżały w trasy liczące 30 koncertów w półtora miesiąca i to było do zrealizowania. Te zespoły zarabiały, zyskiwały fanów, bo ludzie na te koncerty chodzili. Cena koncertu była taka sama, o ile nie droższa, licząc inflację. Ale ludzie chcieli, musieli pójść na koncert. Myślę też, że letnie festiwale rozpieściły publiczność.

Czym zajmujecie się poza zespołem?

Patryk: Studiuję aktorstwo, jestem teraz na czwartym roku, który polega głównie na graniu dyplomów. Miała miejsce już premiera jednego – „Poskromienie złośnicy” Szekspira, można zobaczyć to w Teatrze Studyjnym, ale dopiero w nowym roku. Teraz w Kaliszu trwają próby do drugiego dyplomu, zostanie on przywieziony do Łodzi dopiero na Festiwal Szkół Teatralnych. Oprócz tego jeżdżę na castingi, szukam pracy. Ale ogólnie wypełniam czas zespołem, na tym się skupiam.

Mateusz: Ja jestem studentem Politechniki, studiuję logistykę i całkiem mnie to interesuje. Dla studentów logistyki duży nacisk położony jest na programowanie, znajomość różnych kwestii związanych z IT. Zapoznałem się niedawno z ludźmi z informatyki, którzy są na specjalizacji gry komputerowe i zachęcili mnie, żebym zaczął kręcić się w tym obszarze. Obecnie moją pasją jest robienie gier komputerowych, ale nie programowanie, bo o wiele mniej znam się na tym niż oni, raczej wymyślam. To są gry małe, ale znaczące dla nas.

Matiz: Właściwie oprócz Ted Nemeth liczy się dla mnie chyba już tylko grafika, rysowanie, projektowanie różnych rzeczy.

Gibki: Z najświeższych danych – od dwóch tygodni mam stałą pracę. Podpisałem umowę, pracuję w banku. Uczę się na bankiera (śmiech). Skończyłem filozofię, potem przez rok studiowałem politykę społeczną, z której zrezygnowałem, bo mnie nudziła. Co jeszcze robię? Pasjonuję się gotowaniem. Mieszkam z dziewczyną, więc ja się troszczę o nią, ona o mnie. Jestem osobą, która ma mnóstwo pasji. Na przykład – jestem osobą, która interesuje się sztuką, malarstwem. Czasami próbuję coś sam stworzyć. Poza tym w wolnym czasie dużo czytam, na przykład teraz zacząłem „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza. Dużo czasu zajmuje mi też próbowanie i granie w domu. Mam akustyczną gitarę, uwielbiam na niej grać. A jeśli chodzi o sprawy zawodowe to od kilkunastu lat statystuję dorywczo przy filmach i reklamach, również dorywczo trzymam się roboty związanej z techniką, jestem technikiem akustykiem, mnóstwo koncertów zrobiłem jako facet od mikrofonów, ktoś od kabli, pół Polski zjeździłem. Pracowałem przez pół roku na słuchawkach i teraz bank. Mam prawie 30 lat, więc to, że znalazłem stałą pracę z dobrą płacą i ta praca nie jest jakaś upadlająca i nie jest też ciężka fizycznie, jak praca technika, to jest fajna rzecz. Ale i tak najważniejsze jest dla mnie, najbardziej bym się cieszył, gdybyśmy ruszyli w trasę.

Jakie jest wasze nastawienie do Łodzi? Zwyczajowo nie budzi ona skojarzeń pozytywnych, wręcz przeciwnie – jest chłopcem do bicia. Uważacie, że to słuszne narzekania czy tylko marudzenie dla marudzenia? Jak fakt, że pochodzicie z tego miasta wpływa na was, czy buduje to w jakiś sposób wasze wnętrza?

Patryk: Ja wyprowadziłem się, no teraz to już będzie z 10 lat temu, do Nowosolnej, ale całe życie miałem w Łodzi, każdą szkołę. Także nie czuję się mentalnie na peryferiach. Ale odpowiadając na pytanie – myślę, że jak najbardziej ma wpływ, o tym to jest. W tej przestrzeni chodzimy w nocy, jeżeli idziemy gdzieś na miasto.

Mateusz: Tutaj jemy kebaby.

Gibki: Tutaj łamiemy obcasy na dziurach.

Patryk: Ale z drugiej strony jestem lokalnym patriotą i mogę się trochę zidentyfikować z tym, że lubię tę gnuśność, podoba mi się to. Mam już dosyć mówienia o Łodzi, że jest brudna i że jest w niej bieda.

Mateusz: Trzeba się ruszyć i zająć czymś innym.

Patryk: Można narzekać, jeżeli się coś robi tutaj. Ale jeśli ktoś będzie patrzył i czekał momentu aż ktoś go spyta – ŁKS czy Widzew? – i będzie szukał spalonego samochodu, to prawdopodobniej znajdzie ten samochód, natomiast nie wszędzie tutaj pali się samochody.

Mateusz: Ludzie tak narzekają na to, że Łódź jest rozkopana, ale chyba zapomnieli, że żeby zrobić porządek w pokoju to najpierw trzeba zrobić w nim burdel. Wywalić wszystko z szaf, poskładać sobie ładnie i jest okej. I chyba jesteśmy właśnie w tym momencie, kiedy jest rozwalony pokój, ale to jest pierwszy stopień.

Patryk: Stary, ale jaki sens jest z drugiej strony, robić burdel z pokoju, jeżeli wyjeżdżasz z niego na trzy miesiące, a tak wygląda zima. Zrobili burdel w pokoju, wyjechali z niego, zostawiając tam cztery inne osoby żyjące. Ale wiem, o co ci chodzi.

Gibki: Znaczy co do Łodzi, to jestem Łodzią zafascynowany, uwielbiam łódzkie parki, uwielbiam jeździć po Łodzi na rowerze.

Patryk: Jest przepiękna.

Matiz: Łódź jest ekstra.

Patryk: Uwielbiam Łódź.

Mateusz: Nie chcemy stąd uciekać.

Gibki: Tyle, co mi dały radochy łódzkie muzea i małe galerie, gdzie można zobaczyć bardzo ciekawe rzeczy; zacząłem chodzić do muzeów w liceum z moimi przyjaciółmi z klasy. Również teatry łódzkie, które są dobre i które cenie, bo to miasto ma pięć czy sześć naprawdę niezłych teatrów. Te rzeczy się dzieją, również kina, jest Charlie, pamiętamy Cytrynę, z tych offowych. Multipleksy też oczywiście są, można spędzić czas, jeśli się chce. Jest różnorodność, możliwość wyboru. A co do Łodzi to kiedyś miałem taki strach przed społeczeństwem, ludźmi, obawiałem się jakiegoś zagrożenie ze strony ziomków, braci na ulicy. A w tym momencie tego nie czuję. Czuję, że jestem wolny, że idę sobie swoją drogą.

Mateusz: Ja w pełni świadomy mogę powiedzieć, że to, jaki jestem teraz, zawdzięczam temu, że przeprowadziłem się na Stoki i poznałem Mateusza i całą ekipę stamtąd. Niesamowite miejsce. To jest chyba najwyższy punkt Łodzi, gdzie można sobie wyjść w nocy i widzieć całą panoramę miasta, stojąc w lasku, który jest już właściwie opuszczony przez jakąkolwiek cywilizację. I łódzkie żwirowanie, wszystkie tamte tereny po prostu uformowały moją samoświadomość. Tak samo jak wszyscy moi przyjaciele, których tam poznałem.

Patryk: Plusem jest to, że my trzymamy się ekipą, nie jesteśmy sami, wciągnęliśmy się w grupę przyjaciół, którzy, mimo że teraz idziemy w zupełnie innych kierunkach to spotykamy się, każdego sylwestra spędzamy razem, nie wiem czy tworzymy hermetyczną grupę, ale bardzo to pomaga. Nie jesteśmy sfrustrowani, sami, niepotrzebni.

Gibki: To jest fajne w Łodzi, że ma ona tak różne oblicza, w każdym miejscu jest inna, nie jest jednorodna. W Łodzi też dobrze się muzyka trzyma. Jest dużo ludzi, którzy chcą grać, nawet mimo tego, że ich zespoły nie osiągają dużych sukcesów. Nadal to trzymają, nadal to ciągną, nadal to się dzieje.

Patryk: Ta scena jest dosyć mała. Znamy ludzi, którzy grają w innych zespołach, w każdej fabryce jest jakaś sala prób, w której ktoś grał kiedyś albo będzie tam grał.

Gibki: Muzyka jest rodzajem pasji, który jednoczy. To nie jest zabawa samodzielna, tylko z ludźmi. Więc też powstaje poczucie jakiejś presji, kto wymyśli coś nowego? Mam nadzieję, że niektórzy tak myślą, że podchodzą do tego trochę ambitniej. Ale z drugiej strony, ci ludzie przychodzący na koncert, żeby zobaczyć, co ten zespół zrobił dalej, kim są dzisiaj po tych paru miesiącach jak się nie widzieliśmy.

Patryk: Chciałbym poznać powód, dla którego ludzie przychodzą na koncerty. Żeby się pobawić, żeby zobaczyć coś, co nie jest wyświetlone na ekranie…?

Gibki: Ale zobacz, chociaż mamy satysfakcję z tego, że nie przychodzą, dlatego że zobaczyli cię w Must be the music albo w Idolu i chcą zobaczyć jak wyglądasz naprawdę.

Matiz: Podsumowując temat Łodzi – chyba trzeba przestać się bać, że jak wyjdziesz na miasto to dostaniesz w twarz, albo cię potną, tylko wyjść na miasto i pchać to jakoś do przodu.

Patryk: Trzeba robić rzeczy.

Gibki: Ja bym chciał, żeby ludzie byli bardziej wyluzowani, żeby byli bardziej egalitarni, żeby było im ganz egal, żeby nie byli tacy spięci na sobie i tacy drażliwi, że ktoś im coś powie.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Alone – wywiad z zespołem (wideo)
papamusta
Papa Musta & The MenElse – ekipa z żelaza (wywiad)
2010-07-23_22-51-12
Klawo – prezentacja zespołu

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*