TeLieVisionPodczas Festiwalu RAIN wystąpili m.in. Faber, C.O.D. oraz TeLieVision. Postanowiliśmy wybrać się w odwiedziny do muzyków ostatniego z tych zespołów i dowiedzieć się więcej o ich twórczości, inspiracjach czy planach na przyszłość.

Tomasz Błaszczak: Zacznijmy od początku, czyli od samej nazwy zespołu. Czy nazwa TeLieVision to swojego rodzaju protest przeciwko temu, co pokazuje się w telewizji, protest przeciwko próbom zmanipulowania widzem?

Marek „Maro” Jabłoński: W telewizji pokazywane są, nie oszukujmy się, pierdoły. Tak, to jest pewnego rodzaju protest, ale trzeba na to spojrzeć z perspektywy naszego zespołu. Mamy do wszystkiego dystans, to nie jest tak, że bierzemy pały i startujemy rozwalać wozy TVN-u. Przykładem może być Rage Against The Machine, oni mieli dystans do muzyki, ale nie ideologii. Czasem jest się świadkiem takich sytuacji, a później czyta się o niej w gazecie, ogląda w telewizji i jest to przekazane przez pryzmat innej osoby, zakrzywione wobec rzeczywistości i tego, co sami widzieliśmy. Ktoś próbuje nam narzucić swoje zdanie, manipulować nami i temu się sprzeciwiamy.

Marcin Reguła: To jest także pewnego rodzaju prośba do ludzi: „zacznijcie myśleć”. Nie oglądajcie tyle telewizji, pójdźcie na spacer, rozejrzyjcie się. Nie wierzcie bezkrytycznie w to, co widzicie, bo wszystko jest subiektywne.

T.B.: Przechodząc do spraw bardziej muzycznych, nie wypada nie zacząć od Waszego wizerunku scenicznego. Ten, który proponujecie, jest dość nietypowy. Maro, występujesz w masce, z kolei Adam, Twój wizerunek z dredami sięgającymi połowy pleców też nie jest codziennością wśród rockowych kapel. To jest Wasz pomysł, aby się wyróżnić?

M.R.: Ja wysoko podciągam skarpetki (śmiech). Nasz wizerunek sceniczny to często losowa sprawa. Jeśli zdarza się jakaś fajniejsza okazja, to nie ukrywamy, że lubimy się jakoś przebrać. Najczęściej wszyscy razem, ale jeśli ktoś chce się ubrać jakoś inaczej, to nie mówimy mu: „Nie rób tego, będziesz wyglądał jak debil”. Jeśli gramy jakiś mniejszy koncert, na który nie musimy się jakoś spinać, przykładowo występy dla naszych znajomych, to nie kombinujemy za bardzo. Jeśli są większe okazje, typu koncert w Wytwórni, to nasze ostatnie robienie „stylówy” polegało na tym, że pojechaliśmy do sklepu, każdy z nas kupił sobie jakąś koszulkę czy inne luźne ciuchy za 30 złotych i tak wyszliśmy wszyscy na scenę. Mamy generalnie takie podejście, że wizerunek to sprawa drugorzędna. Przede wszystkim staramy się na koncertach wygenerować tyle walnięcia, ile się tylko da.

Adam Czesny: Ale nie uogólniajmy, nie chodzi tu o to, że robimy tylko jak najwięcej hałasu i tyle. Walniecie nie jest równe walnięciu. Inny rodzaj jest w przypadku zespołów typu Behemoth, gdzie jest ściana dźwięku, a inny w naszym przypadku. Nam zależy na tym, by ludzie wyszli z klubu i stwierdzili „Łał, ale była moc!”.

T.B.: W przeciwieństwie do wielu innych młodych zespołów, z pewnością można o Was powiedzieć, że macie do siebie duży dystans. Pomijając ten interesujący sceniczny wizerunek, na waszym profilu na myspace można znaleźć informację, że dwójka z Was, Reguł i były gitarzysta, Lis, grała w progmetalowej kapeli i znudziła Was perspektywa znajdywania na scenie tylko czarnych staników. Jest też informacja o waszych inspiracjach: Rage Against The Machine, Limp Bizkit, a obok nich… Stachursky.

M.J.: Stawiamy na to, aby mieć taki dystans do siebie. To jest zdrowe podejście. Mniej problemów nas trafia, mniej się przejmujemy, tak jest lepiej.

M.R.: Spójrzmy na to z naszej perspektywy. Mamy dwadzieścia kilka lat, mieszkamy w Łodzi, dopiero kończymy pierwszą płytę, która i tak się nie ukaże w żadnej wytwórni, a nasz największy koncert w życiu zagraliśmy w Dekompresji – w takiej sytuacji robienie z siebie wielkiej gwiazdy jest dla mnie zabawne, a nawet śmieszne. Widzę chłopaczków, którzy mają po 15-17 lat, zapuszczają długie „pióra”, strasznie się na swoją „stylówę” lansują, a później wychodzą na scenę i okazuje się, że im gitary nie stroją… To jest na swój sposób żałosne. Kiedy częścią Ciebie jest przemyślana stylizacja i grasz zawodowo, jak na przykład Afromental czy Coma, to można to zrozumieć. Poznaliśmy chłopaków z tego pierwszego zespołu, mieliśmy okazję porozmawiać przy okazji wspólnego koncertu i to są naprawdę świetni goście, nikogo nie udają.

T.B.: A propos samych koncertów. Na koncie na pewno macie ich wiele, ale który z waszych koncertów był dla was najbardziej wyjątkowy, najbardziej zapadł wam w pamięć?

M.J.: Musimy zacząć od podzielenia historii zespołu na dwa etapy. Pierwszy, kiedy nie było jeszcze mnie w zespole a chłopaki grali wtedy z Sonią. Byłem na koncercie w Dekompresji z okazji Skipperyady jako fan i koncert zrobił na mnie porażające wrażenie. Koncert z Afromentalem, Natural Dread Killaz, Kumka Olik i jeszcze jednym zespołem jako support. Było mnóstwo energii, świetna atmosfera i wyszło naprawdę dobrze.

Robert Horvath: Jeśli chodzi o drugi etap, to zdecydowanie koncert w Wytwórnii. Zaprosił nas zespół Alone, z którym dzielimy salę prób, a Maro gra także z nimi, i dostaliśmy wytyczne, że to nie ma być kolejny typowy koncert, tylko coś naprawdę specjalnego. Wyszło bardzo fajnie, ludziom się bardzo spodobało i po tym koncercie mieliśmy tak, że dopiero oglądając już po fakcie sam koncert przypominałem sobie, co tam tak naprawdę się działo, takie były emocje. Byliśmy zestresowani, wystąpiliśmy na dużej scenie, chyba najlepiej nagłośnionym klubie w Łodzi, pojawiło się bardzo dużo ludzi – słowem, całkiem duża rzecz dla nas, młodego zespołu.

A.C.: Dobrze wspominamy też wiele naszych występów w Stereo Krogs, tam praktycznie zawsze nam się dobrze gra. Podobnie zresztą jak w Luce, mamy nadzieję, że podczas festiwalu R.A.I.N. będzie równie fajnie. Łącznie mamy na swoim koncie kilkadziesiąt koncertów w obecnym składzie i wiele ciekawych koncertów już za nami, a oby jeszcze więcej przed nami.

T.B.: Nie byłoby jednak tylu koncertów bez publiki. Jak to wygląda w waszym przypadku? Kim tak naprawdę są wasi fani, którzy przychodzą spragnieni muzyki TeLieVision?

M.J.: Różnie, naprawdę różnie. Raz mieliśmy ciekawą sytuację, kiedy przyszło na nasza salę prób dwóch chłopaków z pobliskiego technikum gastronomicznego i byli zachwyceni naszym graniem (śmiech). Poinformowaliśmy ich o naszym najbliższym koncercie, oni zebrali swoich znajomych i na samym koncercie pojawił się tłum ludzi.

M.R.: Mamy grupę ludzi, w dużej mierze naszych znajomych i przyjaciół, którzy w miarę regularnie przychodzą na nasze koncerty. Ale mieliśmy także inne grupy fanów. Po pewnym szczególnym koncercie, który wyprawiliśmy na urodziny dla naszego kolegi, w ciągu jednego – dwóch dni na naszym profilu na facebooku pojawiło się nagle kilkadziesiąt „lajków”. Były to osoby, które dopiero nas poznały właśnie podczas tego koncertu. Z wieloma naszymi fanami jesteśmy na per ty, mimo iż tak naprawdę nie znamy tych osób. Najbardziej rozchwytywany jest spośród nas Mareczek, który ma swój własny profil na youtube, który odwiedzają tysiące osób i to jest wielka rzecz. Nie traktujemy liczby fanów jako próby wychwalania się, naprawdę daleka droga jest do tego, byśmy coś naprawdę porządnego reprezentowali sobą. Muzyka to tylko fragment. Zespół musi się pokazywać także z innej strony, tej ludzkiej. Musi umieć słuchać fanów. Są w Polsce zespoły świetne, o których tak naprawdę nikt nie usłyszał i prawdopodobnie nie usłyszy, bo brakuje tym ludziom kontaktu z publiką. Bez publiki zespół nie istnieje.

A.C.: Nasz kontakt z fanami to przede wszystkim facebook i kontakt twarz w twarz, przede wszystkim na koncertach. Często się zdarza tak, że po koncercie schodzimy ze sceny, ktoś podchodzi do nas i po prostu zaczyna z nami rozmawiać. Dla nas to nie jest problem porozmawiać.

M.J.: Nie jest naszym celem się ukrywać. Ważny jest też kontakt przez internet. Wiele młodych kapel totalnie ignoruje posty fanów na swoim profilu, zupełnie nie poświęca na to czasu. Z nami jest zupełnie inaczej. Wrzuciłem raz swój indywidualny kanał na youtube jeden utwór, który pokazywał moje przeróbki hip-hopowych kawałków. Nagle zrobiło się pół miliona odsłon, kilka tysięcy komentarzy… A ja siedziałem potem i przez cztery dni ludziom odpisywałem, niemal każdemu. Zależało i wciąż zależy mi na tym, aby pokazać ludziom, że nie jestem jakimś wielkim guru, tylko normalnym gościem, że chcę mieć z nimi kontakt.

T.B.: Wasz zespół to składanka czterech różnych osobowości, każdy z was słucha zapewne czegoś innego, każdy ma różne inspiracje. Jak udało Wam się nadać temu wszystkiemu taką spójną całość?

M.J.: Wpływ Adama i rapu na nas staje się coraz większy. Czynnikiem, który nas zjednoczył, są zespoły typu RATM, Limp Bizkit czy inne kapele rapcorowe, gdzie my, jako muzycy, możemy pokazać się z tej strony ciężkiej; takiej, jaka nam odpowiada, a Adam z kolei może też się pokazać. To jest idealne połączenie, a jednocześnie każdy z nas inspiruje się czymś innym. Reguła inspirują zespoły typu Dream Theatre czy Porcupine Tree, Robert może wzorować się mistrzami gitary basowej jak Jaco Pastorius czy Marcus Miller, na mnie działa Buckethead. Jest tak, że nawzajem zarażamy się naszymi inspiracjami. Chcemy tym sposobem nakręcić się na nowe pomysły.

M.R.: Spójrzmy na to nieco inaczej. Kiedy siada czterech gości, którzy zapatrzeni są w te same zespoły typu Metallica, Deep Purple, i tłuką to samo na jedno kopyto – takie coś nie ma sensu. Kiedy ktoś z nas przynosi jakiś motyw do rozwinięcia, druga osoba dodaje swoją linię, później ktoś doda coś od siebie i wychodzi coś nowego. Ktoś powiedział, że cała muzyka została już kiedyś zagrana i miał dużo racji. Ciężko jest zrobić teraz coś totalnie świeżego, czego jeszcze wcześniej nie było. Z najnowszych rzeczy przychodzi mi do głowy tylko dubstep. Tego nie było, nikt o tym nigdy nie słyszał. Ale mówiąc o muzyce gitarowej, większość rzeczy już było. Też nie robimy połączenia rocka z rapem na nowo, bo takie eksperymenty to już Kazik Staszewski robił. i to 25 lat temu, nie wspominając o RATM czy Antraksie. Ale staramy się ciągle robić coś, co wygląda świeżo. Coverowanie Led Zeppelin, AC/DC czy innych tego typu zespołów nuta w nutę to zbrodnia przeciwko ludzkości. Sami mamy covery np. Prodigy, ale całkowicie przearanżowane. Na coverach zagranych nuta w nutę można się nauczyć dobrze grać, ale kiedy mając kilkanaście lat zaczynałem grę na perkusji od najbardziej znanych utworów Nirvany, to nigdy do głowy by mi nie przyszło wyjście z tym do ludzi i zagranie tego na koncercie.

A.C.: Jako muzycy musimy słuchać wielu gatunków muzycznych. Nie możemy się ograniczać, to nie jest tak, że słucham tylko kilku ulubionych wykonawców. Nie ma czegoś takiego, że to nie jest moje środowisko. Słucham wszystkiego, ostatnio dla przykładu Lany del Rey. Słucham czasem nawet tych najbardziej popowych rzeczy, bo przecież tam są takie rzeczy, które się najbardziej wkręcają, zapadają w pamięć i nucisz potem cały dzień.

M.R.: Muzyka jest naszym naturalnym środowiskiem. Słuchamy wszystkiego, od Preisnera i jego muzyki filmowej, po dubstep czy elektro typu Prodigy, Pendulum. Słuchaliśmy Metalliki, AC/DC, na wszystko był swój czas, każdy z nas zna ten kanon. Wszystko, co robimy, jest wypadkową tego, co kiedyś słuchaliśmy.

T.B.: Czy macie w swoim zespole jakiegoś lidera?

M.J.: Jest nim zdecydowanie Reguł, to nasz przyszły prawnik, zawsze lubi sobie pogadać (śmiech).

M.R.: Nieprawda, to Marek jest tu zdecydowanie najbardziej wygadany. Ale nie ma wśród nas takiego lidera. Każdy jest liderem w swoim zadaniu. Adam tworzy teksty i rapuje i do tego się nie tykamy, ja gram na perkusji i to wszystko nagrywam. Marek z Robertem piszą muzykę.

M.J.: Wszyscy mamy wpływ na nasza muzykę. Jedna osoba przynosi motyw, który jest potem rozwijany przez każdego z nas, każdy ma swój wkład w to, co tworzymy. Żeby powstał dany utwór, musi przejść on przez każdego z nas, każdy kawałek to nasze wspólne dzieło.

A.C.: Ciężko jest, mając cztery osoby w zespole, wskazać takiego kogoś, kto byłby niezbędny, aby to wszystko ogarnąć. Może gdyby było nas więcej w zespole, to faktycznie, potrzebowalibyśmy takiej osoby, ale na chwilę obecną gramy razem, spotykamy się, robimy różne inne rzeczy i chyba można mówić o… przyjaźni. To duże słowo, ale chyba można tak to nazwać. W każdym razie póki co dajemy sobie radę bez takiego człowieka, który stałby nad nami z pejczem.

M..R.: Aby można było mówić o liderze, potrzeba by osoby, która ma zupełnie inne spojrzenie na muzykę. Kto jest dobrym liderem? Sting, Bono… Majka Jeżowska! (śmiech) To są liderzy. Jeżeli ktoś ma zespół, coveruje Metallikę i uważa się za lidera, bo jak Hetfield gra i śpiewa, to jest to wesołe. Lider to jest ktoś, kto ciągnie zespół, ma wizję i autorytet, a wśród nas każdy z nas ma swoją własną wizję i razem dzięki temu tworzymy wspólną wizję.

T.B.: Lada dzień światło dziennie powinna ujrzeć Wasza pierwsza płyta. To dla Was będzie pewnego rodzaju kamień milowy? Jak długo powstawała ta płyta?

M.R.: Nagrywanie, jeśli mówimy o samym nagrywaniu jako czasie spędzonym w studio, trwało trochę ponad tydzień. Najpierw trzy dni, tyle zajęło nagranie basu i perkusji, potem trzy kolejne dni na gitary i na koniec trzy dni na wokale… Problem polegał jednak na tym, że te kilka dni było rozrzucone na przestrzeni jednego roku, niestety. Później doszły miksy, obróbka dźwięku, co jest bardzo czasochłonne. Dopiero się tego uczę, jestem producentem naszego zespołu i, póki co, jest to dla mnie bardzo trudne. Trzeba mieć do tego kawał wiedzy. Płyta powinna być teoretycznie gotowa rok temu, okładka przygotowana przez Adama jest gotowa od września poprzedniego roku. Wersji tej płyty było już z osiem, a jednak mimo to cały czas ją poprawialiśmy. Teraz jest już jednak skończona, za chwilę trafi jeszcze tylko do finalnego masteringu i myślimy, że pod koniec miesiąca płyta powinna już trafić do fanów. Mamy cichą nadzieję, że będzie gotowa już na festiwal RAIN. Na płycie będzie osiem naszych autorskich kawałków. Nie jest to wielkie wydawnictwo, ale jest to nasze własne dziecko, skomponowane, nagrane i wyprodukowane w całości przez nas. Czas spędzony w studio niesamowicie nas rozwinął. Dopiero tam usłyszeliśmy, co się dzieje w naszej muzyce.

R.H.: Dopiero tam zaczęliśmy myśleć nad dynamiką kawałków, nad przejściami, dopracowaliśmy każdy kawałek. Wejście do studia otworzyło nam oczy na wiele aspektów, wcześniej byliśmy jak dzieci we mgle. Nagle okazało się, że można fajnie podzielić niektóre utwory, dodać podbitki do wokalu… To są pewnie banały dla osób, które w tym siedzą, ale skądś taką wiedzę trzeba zdobyć, taką droga trzeba przebyć. Gdyby ktoś to zrobił za nas, następnym razem, przy kolejnym nagraniu popełnialibyśmy te same błędy.

T.B.: Czego może spodziewać się publika po TeLieVision podczas występu na festiwalu RAIN?

M.J.: Przede wszystkim – dobrej zabawy i świetnej muzyki. Jeśli publika będzie chciała, to możemy grać i grać, mamy sporo materiału. Przede wszystkich zawsze mamy pomysł na nasz set. Zawsze chcemy jakoś rozruszać publikę, ktokolwiek to by nie był. Mamy też covery, ale nie jest tak, że na każdym koncercie gramy te same covery, bo to jest przecież nudne. Każdy koncert jest inny. Mamy sporo dobrych wspomnień z Luką i mamy nadzieję, że po tym koncercie będą jeszcze lepsze.

T.B.: Gracie razem już ładny kawałek czasu, lada dzień pojawi się płyta… Wypada zapytać, jakie macie kolejne plany na przyszłość? Czego wypada wam życzyć?

M.R.: Mamy raczej marzenia i pobożne życzenia… Gramy koncerty kiedy tylko możemy, kiedy nam się trafia i ktoś dzwoni do nas z propozycją czy akceptuje naszą. To samo tyczy się nagrywania utworów i wydawania płyty. Wszyscy mamy swoje inne sprawy, pracę, studia i tak dalej. Nie na wszystko starcza czasu. A marzenia, takie odrobinę bardziej dalekosiężne, to nagranie kolejnej płyty, za co bierzemy się natychmiast po wydaniu pierwszej. W tym momencie mamy od razu miejsce, w którym możemy na bieżąco nagrywać nasze utwory, z czego zapewne będziemy korzystać. Nawet nie po to, żeby potem je poskładać na kolejną płytę, tylko abyśmy mogli dalej się rozwijać, ulepszać naszą muzykę. I przede wszystkim chcemy grać gdzie tylko się da.

A.C.: Przede wszystkim łapiemy każdą okazję za nogi i je urywamy. Kiedy ktoś pisze, że chciałby z nami zagrać koncert albo żebyśmy zagrali jako support, to lecimy tam i gramy. Będziemy starać się robić to, co do tej pory, tyle tylko że coraz więcej i lepiej. A do tego wciąż chcemy być dobrymi kumplami. Wiele kapel ma tak, że muzyka to tylko biznes i nic więcej. Spotyka się, gra i żegna, a my spotykamy się i na próbach i w czasie wolnym, cały czas jesteśmy na świeżo ze wszystkim. Wspólne imprezy są czymś normalnym i gdyby nie to, nie rozumielibyśmy się tak dobrze.

TeLieVision
Zespół powstał w 2009 roku z inicjatywy perkusisty Reguła i gitarzysty Lisa, którzy grali w przeszłości w progmetalowej kapeli Synesthesia. Niedługo później do składu dołączył basista Robert oraz wokalistka Sonia, a zespół miał wyróżniać Adam, który swoim rapem miał uzupełniać kobiecy wokal. Różne koleje losu sprawiły, że z zespołem rozstała się Sonia oraz Lis, jednak na jego miejsce przyszedł nowy wirtuoz sześciu strun, Maro, i od sierpnia 2011 roku zespół tworzy i koncertuje w obecnym składzie. Zespół ma na swoim koncie kilkadziesiąt koncertów, a na dniach powinna ukazać się debiutancka EP-ka zespołu o roboczym tytule „TeLieVision”. Obecnie w skład kapeli wchodzą: Adam Czesny – rap, Marek „Maro” Jabłoński – gitara, Marcin Reguła – perkusja i Robert Horvath – bas.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
13sierpnia_206
Rambo Jet gra Tuwima – wywiad (wideo)
IMG_2903
Bednarek: spełniłem wszystkie swoje marzenia… (wywiad)
ageband
AGE – wywiad z zespołem (wideo)

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*