„Nie wierzę. Słucham po raz pierwszy i już po 40 sekundach mam ciarki…”, „Magia… tak bardzo, bardzo, bardzo czekam na Dreamers”, „Genialny kawałek – polska scena muzyczna zaczyna wchodzić na wyższy poziom!” – to tylko niektóre z komentarzy pod teledyskiem do singla „My name is wind”, który zapowiada debiutancki album Daniela Spaleniaka. Ten młody muzyk, o którym wiemy mniej niż mało ( pochodzi z Kalisza, studiuje dziennikarstwo w Łodzi i po prostu lubi grać na gitarze) zwraca na siebie uwagę dużą wrażliwością i zapadająca w pamięć barwą głosu. Jednak chyba nie wszyscy patrzyli uważnie skoro znalazły się wytwórnie, które podsumowały jego muzykę słowami „fajne, ale się nie sprzeda”. Antena Krzyku uwierzyła, że się sprzeda i tak 3 marca światu ukazał się krążek „Dreamers”. Przy okazji koncertu w  Scenografii  rozmawiałam z Danielem o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Daria Kubasiewicz: Zacznę od tego, że gratuluję udanego debiutu. Przesłuchałeś album po tym jak dostałeś go w fizycznej formie?

Daniel Spaleniak: Raz.

D.K.: I jak? Jaki Ty sam jesteś dla swojej twórczości? Krytyczny, od razu byś coś poprawiał, czy raczej pomyślałeś sobie „WOW!”?

D.S.: Jestem bardzo krytyczny, nie wydałbym niczego, co nie podobałoby mi się na tyle, abym powiedział „WOW”. To wszystko trwało dwa lata, na płycie znalazły się utwory wybrane z setek kompozycji, które przez ten czas stworzyłem. Grałem, nagrałem, pomyślałem  „jest dobrze, wrzucam na płytę”.

D.K.: Przesłuchałam wszystkie Twoje wydawnictwa chronologicznie („Twenty Minutes Break” EP, „Memories” EP wydane w net-label Soul Asylum oraz „Dreamers” – przyp.red.)” i podoba mi się ta Twoja filozofia małych kroczków, jedna EPka, druga, dopiero płyta długogrająca. Ale zastanawia mnie fakt czy była to świadoma decyzja, czy raczej, nazwijmy to, rzeczywistość i ograniczenia polskiego ryku muzycznego?

D.S.: Wydaje mi się, że to jest po prostu pewna droga. Nikt nie wydaje od razu świetnej płyty. Każdy ma jakieś swoje początki, te moje pierwsze płytki były jak raczkowanie, wtedy odkrywałem co lubię w muzyce. Pierwsza EPka to zupełny lo-fi, pierwsze podrygi, w ogóle nie miałem świadomości muzycznej. Usiadłem i nagrałem to w tydzień, jak z resztą i drugą EPkę. Dlatego czas poświęcony na zrobienie „Dreamers” był bardzo długi, zdarzały się okresy kiedy nie mogłem już wytrzymać czekania na wydanie, ale z perspektywy czasu decyzja by robić ją wolniej i uważniej wybierać utwory była słuszna. Dzięki temu zostały same smaczki, esencja.

D.K.: Rozśpiewywałeś się także bardzo powoli. Na „Twenty Minutes Break” EP zero wokali, na „Memories” EP zaśpiewałeś zaledwie w dwóch kawałkach, dopiero na „Dreamers” mamy pełen wachlarz Twoich możliwości. Potrzebowałeś czasu?

D.S.: O tak.Ja wcześniej nie wyobrażałem sobie, że w ogóle mogę śpiewać, z resztą miałem inny głos. Pierwszy wokal jaki nagrałem był do piosenki „After Time”, wysoki głosik, zupełnie nie to co teraz. Nie wiem, czy przeszedłem jeszcze jakąś mutację, bo stanęło na tym, że śpiewam obecnie niskim, trochę chropowatym głosem. Ale rzeczywiście, kiedyś nie wierzyłem, że mogę

D.K.: I w końcu sam do tego doszedłeś czy znalazł się ktoś, kto powiedział: „Stary, masz niesamowity głos, wykorzystaj go w końcu”?

D.S.: Sam stwierdziłem, że muzyka sama w sobie jest świetna, ale wokal dopełnia ją w stu procentach, a nawet stu dwudziestu. I co ciekawe ten mój wokal powoli staje się takim moim znakiem rozpoznawczym i bardzo mnie to cieszy. Sam gdy słucham muzyki szukam ciekawych głosów, teraz jest mnóstwo chłopaczków, którzy śpiewają wysoko, to jest ok, tylko że tego jest już za dużo. Dlatego zawsze szukałem niskich wokali w typie  Johnny’ego Casha.

D.K.: A nie korciło Cię nigdy żeby przyspieszyć ten cały proces zwany karierą muzyczną? Pójść do talent show, dać się zauważyć, to teraz dość powszechna droga.

D.S.: Nie, nigdy. Ja nawet nie mam telewizora. Całe to konsumpcyjne społeczeństwo, dla którego liczy się duży telewizor, HBO, super szybki internet i dobry zegarek to w ogóle nie moja bajka, zupełnie nie przywiązuję do tego wagi. Nie lubię tych programów, bo na świecie jest więcej ludzi niż czterech jurorów, którzy nagle, jak się okazuje, znają się na wszystkim i ocenią każdego. Ja myślę, że każda dobra muzyka znajdzie swoją drogę na szczyt, nawet ten mały.

D.K.: Od zawsze irytowało mnie postrzeganie młodych muzyków najpierw przez pryzmat ich wieku, tak jakby wrażliwość muzyczna zawsze musiała zależeć od tego ile lat żyjemy na tym świecie. W ocenie Twojej muzyki też pojawiają  się określenia typu: „w tak młodym wieku”.

D.S.: U każdego przychodzi taki moment, że zdaje sobie sprawę co w nim siedzi . Wrażliwość muzyczna jest w nas chyba od początku, ale wychodzi dopiero w momencie kiedy jesteśmy bardziej świadomi, podejmujemy własne decyzje i stajemy się odpowiedzialni za siebie i za swoją muzykę.

D.K.: Ten młody wiek ma większe znaczenie przy okazji samego wydania „Dreamers”. Sam skomponowałeś kawałki, sam napisałeś teksty. Nie stoi za tym żadna potężna wytwórnia ani ciała obce narzucone odgórnie, wręcz przeciwnie Ty tę płytę zrobiłeś z bardzo bliskimi Ci ludźmi. Słówko o nich?

D.S.: W kilku utworach słychać bas Filipa Figla, jeden utwór jest nagrany z jego bratem, Kubą Figlem, perkusja – mój przyjaciel, Karol Buchnajzer, a za miks i część produkcji odpowiada Józef Buchnajzer. Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi, znamy się od dziecka, razem jeździliśmy na desce i od zawsze wszyscy robiliśmy coś w muzyce. Zależało mi na tym żeby tę płytę zrobili ze mną właśnie moi przyjaciele. Nie wyobrażam sobie grać z ludźmi, których nie znam. To są ludzie, z którymi ja uwielbiam robić próby, nic im nie narzucam, określam tylko ramy, a  środek to mozaika nas wszystkich.

D.K.: Dlaczego akurat Antena Krzyku? Wiesz, to nie jest  popularna wytwórnia, aczkolwiek ma bardzo znaczącą przeszłość i zrobiła sporo dla polskiej alternatywy lat 90. Ale jak Ty się tam znalazłeś?

D.S.: Zwyczajnie wysłałem maila z płytą, spodobało im się i doszliśmy do jakiegoś tam kompromisu co do wydawnictwa. To jest mały nakład, chyba nie przekracza nawet 500 sztuk, ale jest. Większość wytwórni odpisywała „fajne, ale się nie sprzeda”. Ja to rozumiem, chociaż teraz taka muzyka zaczyna się przebijać do radia i staje się tak zwanym „avant-popem”. To ciekawe, bo zawsze uważałem ten rodzaj muzyki za głęboką alternatywę, w stosunku  do tego co emitują rozgłośnie radiowe. Ale ostatnio spoglądam na stronę, na której sprzedają moją muzykę i nagle okazuje się, ze to avanat-pop, albo jeszcze lepiej electro-pop. Te określenia są z kosmosu, ja mojej muzyki nie potrafię podpiąć pod jakiś konkretny gatunek, alternatywa jest zbyt szeroka. Liczę więc na „recenzentów” – to ich praca.

D.K.: Arek Marczyński (właściciel Anteny Krzyku) powiedział kiedyś: „Cieszę się, że gramy trudne piosenki dla trudnych ludzi. Łatwizna nas nie interesuje.” Utożsamiasz się z tym?

D.S.: Nie wydaje mi się, bo chociaż mam problem z pisaniem refrenów to wciąż są to po prostu piosenki. Tworzone dla ludzi, którzy oczekują w muzyce przede wszystkim szczerości. Nienawidzę oglądać teledysków, w których jakieś plastikowe dziewczynki  śpiewają o tym, że tańczą i kręcą się w kółko.

D.K.: Wybiegnijmy trochę w przyszłość. Ja mam trochę problem w umiejscowieniu Twoich koncertów, bo ta muzyka jest dość melancholijna, intymna. Widzisz siebie w małych klubach czy na festiwalowych scenach?

D.S.: Bardzo chciałbym grać na festiwalach, po wydaniu płyty to moje kolejne marzenie. Tak, to jest muzyka intymna, ale na koncertach gramy w pięć osób, tam jest mnóstwo gitary, mnóstwo ścieżek, które się przeplatają, zazębiają, uwielbiam gdy to wszystko uzupełnia się jak puzzle. Na żywo trochę inaczej interpretujemy płytę, jak już mówiłem ja nic chłopakom nie narzucam, jedynie naprowadzam. Uwielbiam zmieniać utwory, najchętniej nagrałbym je na nowo. Idziemy na próbę a ja mam ochotę już grać nowe rzeczy, stare mnie nudzą.

D.K.: Jak to bywa przy wydaniu płyty zaraz zaczną spływać recenzje, a w nich mniej lub bardzie trafne porównania muzyczne. Wyprzedźmy krytyków, masz jakiegoś artystę, do którego chciałbyś być porównany?

D.S.: Chciałbym być na przykład porównany do Kurta Vile, o którym mogę powiedzieć, że jest moim muzycznym idolem, uwielbiam jego płyty, te gitary… to są dźwięki, które ja chciałbym umieć wydobyć z instrumentu, a nie umiem. Słuchając jego muzyki myślę:  „Boże, jaki ten człowiek ma talent, jakie on ma ucho”.  A tak generalnie nie mam konkretnych inspiracji. Nie ma tak, że słucham czegoś i nagle robię podobny utwór. Pomysły po wysłuchaniu czegoś, często rodzą się i zalegają z tyłu głowy.

D.K.: Dziękuję za rozmowę.

Zobacz także:

Hailo i Daniel Spaleniak w La Pies (foto)

/fot. Weronika Izdebska – mat.prom.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
ukasz_mini
W ogniu pytań: Łukasz Drewniak (The Washing Machine)
Rafa_Powzka
W ogniu pytań: Rafał Powązka (Death Denied, consFEARacy)
marcin_pryt_fot._Marcin_Piniak
W ogniu pytań: Marcin Pryt (19 Wiosen, TRYP)

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*