DSC_1904To już trzecia wizyta Slasha w Polsce, po Krakowie i Katowicach kolej przyszła na Łódź i lokalną Atlas Arenę. Promujący swój trzeci solowy album artysta najwyraźniej lubi zahaczać o Polskę w trakcie swoich tras koncertowych, wiadomo już bowiem, że wystąpi u nas także w 2016 roku. Kolejny też już raz gościliśmy Mylesa Kennedy’ego wraz z The Conspirators – Toddem Kernsem i Brentem Fitzem, wraz z którymi Slash nagrał dwa ze swoich ostatnich krążków.

I można pokusić się o stwierdzenie, że to Myles najbardziej skupiał na sobie uwagę. Nawet jeśli to Slash jest kapitanem okrętu, decydującego w którą stronę łajba płynie i kogo zabiera na pokład, to w trakcie koncertów Myles Kennedy staje się frontmanem grupy. A Slash w tym czasie po prostu robi swoje, skupiając się na grze. Ale gdy tylko przyjdzie mu na to ochota, w jedną chwilę kradnie całe show dając popis swoich umiejętności. Na szczęście nie widać między nimi rywalizacji, czuć że obaj artyści na scenie są dla siebie partnerami, uzupełniającymi się w swoich rolach.

W trakcie koncertu usłyszeliśmy przede wszystkim utwory z solowych albumów Slasha, które lepiej chyba brzmią na żywo niż w wersji albumowej. I znowu zasługa w tym artystów, którzy na scenie czują się jak u siebie. I tak zaczęli się od „You’re A Lie”, aby później zagrać pierwszy z zagranych tego wieczora przebojów Guns’n’Roses – „Nightrain”.

W tym momencie miała też miejsce pierwsza z akcji. Ciężko nazwać ją fanowską, bo zapoczątkowana przez jedną z ogólnopolskich stacji radiowych, przez nią była też firmowana i wykorzystywana do promocji, była jednak sympatycznym sposobem na powitanie muzyków. Rozdawane wcześniej, głównie właścicielom biletów na Golden Circle cylindry z logo stacji, mające przypominać jeden ze znaków rozpoznawczych Slasha, na początku „Nightrain” właśnie były wyrzucane przez ludzi do góry. Obserwowana z tyłu akcja wyglądała całkiem efektownie, nawet jeśli niektórzy właściciele cylindrów się do niej nie przyłączyli, twardo nosząc czarne nakrycia głowy do końca koncertu.

Druga akcja, zapalenie światełek, czyli w obecnych czasach przede wszystkim lamp w telefonach, miała miejsce w czasie „Starlight” – zadedykowanego kilka dni temu przez muzykom ofiarom zamachów w Paryżu.

joomplu:101571

/fot. mat.pras. Przemek Kocot

Chwilę później Slash pokazał dlaczego jest uznawany za jednego z najlepszych gitarzystów, dając w trakcie „Rocket Queen” popis swoich możliwości, rozciągając utwór do dobrych kilkunastu minut. I tak już w zasadzie było do końca drugiej części koncertu – gitarzysta co chwilę dawał upust swoim emocjom, grając jedną solówkę praktycznie za drugą. Tak było z „World On Fire”, z „Anastasia”, „Slither” czy „Sweet Child, O’ Mine”.

No właśnie, zatrzymajmy się na chwilę przy tym ostatnim utworze. Jedno z niewielu zdań wypowiedzianych tego wieczora przez Slasha do publiczności. Zapowiedź niespodzianki, gościnnego udziału znakomitej polskiej wokalistki. A tą okazała się… Doda. Wykonująca swój cover przeboju na własnych koncertach, mająca marzenie wystąpienia chociaż raz u boku Slasha spełniła swoje marzenie. A przy okazji zaskoczyła całą publiczność. I pewnie dlatego nie przywitano jej gwizdami a jedynie delikatnie słyszalnym buczeniem. Ciężko bowiem stwierdzić, że była właściwą osobą na właściwym miejscu. Z drugiej strony, poradziła sobie z zaśpiewaniem „Sweet Chile” lepiej niż według wielu Axl Rose obecnie jest w stanie, a nawet lepiej niż Fergie. Zaś po akcji z ostatniego koncertu Aerosmith można było się domyślać, że nie jest to jej ostatnie słowo – tym razem skupiająca na sobie wzrok sukienką odbijającą oświetlenie niczym dyskotekowa kula.

Show trwało jednak dalej i skończyło się dopiero po dwóch godzinach przy ciągnącej się na dwadzieścia hitów setliście, standardowym wykonaniem na bis utworu „Paradise City”.

Co można jeszcze powiedzieć? Publika dopisała, reagowała świetnie – może poza występem gościnnym polskiej wokalistki. Ciepło przyjęła też grający przed gwiazdą wieczoru support, rockowe trio rodem z Wielkiej Brytanii czyli RavenEye. Ze swoim stylem, zakorzenionym w nowoczesnym rocku garażowym czy blues rocku byli dobrze wpasowaną rozgrzewką przed będącymi w świetnej i powtarzalnej formie gwiazdami: Slash feat. Myles Kennedy & The Conspirators.

/fot. mat.pras. Przemek Kokot

Zobacz także:

Lady Pank w Atlas Arenie (foto)

Judas Priest w Atlas Arenie (foto)

Impact Festival 2015 (foto)

Impact Festival 2014 – dzień 2 (foto)

Impact Festival 2014 – dzień 1 (foto)

Avenged Sevenfold w Atlas Arenie (foto)

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
IMG_9208
Happysad w Dekompresji (foto+wideo)
IMG_4420
Kocin Kociński Trio w Z innej beczki (foto)
JNZ
Debiutancka płyta Już Nie Żyjesz nadchodzi!

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*