DSC_0054W czwartek, 5 czerwca, w klubie Szafa wystąpiła nowojorska grupa Nat Osborn Band. Zespół supportował duet gitarowy Little Black Hope. 

Zespół z USA rozpoczął swój koncert od trzech swingujących utworów z płyty „The King and The Clown”. Później muzycy z grupy Osborna zaprezentowali publiczności pełne polifonii formy muzyczne, okraszone na pozór delikatnym, ale co rusz przeradzającym się w szaleńczy jazgot brzmieniem gitary elektrycznej, które wciskało słuchaczy w oparcia wyjątkowo tego wieczora stłoczonych ze sobą krzeseł.

Oprócz soulowo-jazzowych korzeni, w muzyce Nat Osborn Band pobrzmiewają kojarzone ze wschodem skale muzyczne, a sposób budowania utworów i stopniowania energii chyba najłatwiej określić poprzez porównanie do Queen, w którym każdy element kompozycji był zawsze dopięty na ostatni guzik. Nie inaczej jest w przypadku zespołu z Nowego Yorku: sekcja rytmiczna chodzi równo jak maszyna, a każdy akcent jest zaplanowany co do sekundy. Dokładając do tego pulsujący bas, momentami wręcz punkową gitarę i przede wszystkim bez wysiłku „biegający” z dźwięku na dźwięk wokal Osborna, można odnieść wrażenie, że na scenie występuje konglomerat muzyków czerpiący inspiracje z wielu gatunków muzycznych: od bluesa, soulu i jazzu po pop, reggae i ciężkiego rocka, o którego godną reprezentację tego wieczora zadbał obchodzący urodziny gitarzysta Dustin Carlson.

W muzyce zespołu próżno doszukiwać się jednego, jasno określonego kierunku muzycznego. Odbiorca znajdzie tu kompozycje, w których usłyszy inspiracje swingującymi utworami Sinatry czy przejmującymi piosenkami Steviego Wondera, ale obraz tej sielanki w mgnieniu oka zburzy mu wspomniany już Carlson ze swoimi ciężkimi riffami i punkowym imagem. Nie ulega jednak wątpliwości, że w muzyce Nat Osborn Band przeważają głównie melodyjne utwory, oparte na niesamowitym feelingu jego lidera, który wystąpił w „Szafie” już po raz kolejny. Szkoda, że w składzie zabrakło tym razem sekcji dętej, która byłaby wisienką na torcie tego muzycznego wydarzenia.

A na koniec, dokładając łyżkę dziegciu, warto zwrócić uwagę na nagłośnienie samego koncertu – akustyk trochę zaszalał z poziomami głośności: piskliwa gitara i mocno naciągnięta membrana werbla mogły tego wieczoru spowodować u niejednej osoby małe uszkodzenie słuchu…Nie ulega wątpliwości, że Nat Osborn Band narobił tego wieczoru w Łodzi dużo hałasu: dosłownie i w przenośni, bo to muzyka warta rozgłosu.

/fot. Joanna Wal

Zobacz także:

Megitza w Klubie Szafa (foto)

Unobtainum w Szafie (foto)

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
P3120226
Samokhin Band w Stereo Krogs (foto)
IMG_7027
Impact Festival 2014 – dzień 2 (foto)
Wojciech Jachna Squad w Fabryce Sztuki (foto)

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*