DSC_000810 lipca, w klubie Wytwórnia, odbył się kolejny koncert w ramach Letniej Akademii Jazzu. Przy okazji drugiego spotkania w ramach tegorocznej edycji festiwalu, na scenie klubu wystąpili wokalistka Karen Edwards wraz z zespołem oraz Radomska Orkiestra Kameralna, której towarzyszył kwintet jazzowy złożony ze świetnych, polskich instrumentalistów. Koncert był w całości poświęcony zmarłemu w zeszłym roku wybitnemu gitarzyście jazzowemu Jarosławowi Śmietanie.

Chwytliwe, porywające melodie zbliżone stylistycznie do repertuaru Etty James czy Arethy Franklin, zdominowały występ Karen Edwards – pianistki i wokalistki z Karoliny Południowej. Artystka od początku zarażała publiczność energią i pogodą ducha, a każdą piosenkę wykonywała tak jakby płynęła prosto z jej serca – frazowanie i improwizacja na fortepianie przychodziły jej z niezwykłą łatwością.

Oprócz wspomnianych energicznych melodii, w czasie koncertu Edwards nie zabrakło również spokojniejszych utworów takich jak „It’s Easy to Remember (And So Hard to Forget)”, napisanego w latach 30-tych przez Richarda Rodgersa. Wykonując tę balladę, Edwards oddała hołd Jarkowi Śmietanie, z którym jeszcze niedawno nagrywała płytę „Everything Ice”. Współpracę z gitarzystą wspomina bardzo dobrze i żałuje, że już więcej nie będzie takiej możliwości. Poza energetycznymi i melodyjnymi piosenkami, nieustannie podbijanymi przez swingującą sekcję rytmiczną złożoną z Marcina Lamcha (kontrabas) i Krzysztofa Dziedzica (perkusja), w repertuarze Edwards znalazł się również utwór gospel, wykonany z akompaniamentem samego fortepianiu. Protestancka muzyka sakralna jest szczególnie bliska Karen ze względu na fakt, że swoje pierwsze kroki w muzyce stawiała w sekcji kościoła Baptystów. Poruszające wykonanie „I’m gonna trust in the Lord” podbiło nie tylko serca publiczności, ale wywołało też uśmiech na twarzach muzyków, grających tego wieczora z Edwards – nie ulega wątpliwości, że oni również byli pod dużym wrażeniem umiejętności artystki, która na każdym kroku pokazywała jak istotny w muzyce są feeling i energia.

Chcąc zrecenzować pierwszą część czwartkowego koncertu, nie sposób zrezygnować z niezbyt odkrywczego wniosku, który nasuwa mi się na myśl przy okazji próby opisu wszystkich, czarnoskórych artystów wykonujących jazz: oni po prostu mają to we krwi. Być może to dość banalna konkluzja, ale ciężko jej uniknąć mając przed sobą wokalistkę, która siedząc przy fortepianie jednocześnie gra, śpiewa i tańczy, przy okazji okazując zdumienie, że urzeczona jej muzyką publiczność nie robi tego samego. Karen Edwards nawet na chwilę nie pozostawiła wątpliwości co do tego, że całe jej ciało i dusza żyją muzyką – nawet złamany palec i zmęczone struny głosowe nie były dla niej żadną przeszkodzą do czerpania radości z tego, co robi.

Bardzo krótki (ok. 40 minut) recital wokalistki zakończył utwór „Purple Rain” Prince’a, z którym Karen Edwards współpracuje od dłuższego czasu. Pomimo ogromnego aplauzu artystka nie pojawiła się na scenie ponownie – być może uraz palca i zmęczenie zadecydowały o braku bisu. Tak czy inaczej, naprawdę warto było posłuchać na żywo, choćby przez 40 minut, przepełnionego ciepłem głosu wokalistki, która miłość do jazzu i soulu wyssała z mlekiem matki.

joomplu:75651

Druga część koncertu składała się z czterech fragmentów napisanej przez Jarka Śmietanę kompozycji „Spring Suite”. W pierwszym z nich („March”) muzycy Radomskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki tworzyli niesamowitą przestrzeń, która była tłem dla popisów improwizacyjnych Macieja Sikały (saksofon) i Marka Napiórkowskiego (gitara). Sądząc po obserwacji twarzy osób z publiczności, delikatna, nieśpiesznie płynąca melodia, uzupełniana pobrzmiewającą od czasu do czasu bajkową waltornią, wprowadzała słuchaczy w błogostan, który dość trudno osiągnąć w szarym, pełnym zgiełku mieście. Wytworzony w „Marcu” nastrój sielanki został podtrzymany w „Kwietniu”, w którym jednak nieco zmieniono charakter wydobywanych z instrumentów dźwięków, przenosząc je w rejony miejskiego relasksu spod znaku ścieżki dźwiękowej do filmu „Jutro premiera” skomponowanej przez Krzysztofa Komedę. Trudno nie dostrzec w tym fragmencie suity inspiracji polską szkołą jazzu tak mocno obecną w kinematografii lat 50-tych 60-tych. Idąc tym tropem, łatwi dojść do wniosku, że cała suita Jarka Śmietany z powodzeniem mogłaby pełnić funkcję ścieżki dźwiękowej do filmu, oczywiście niekoniecznie do takiego, którego akcja jest osadzona we wspomnianych latach – uniwersalność przekazu łącząca ze sobą piękno przyrody i pozytywne wibracje sprawia, że muzyka skomponowana przez Śmietanę mogłaby zostać wykorzystana w wielu współczesnych obrazach.

„May” to kolorowa bossa nova wypełniona delikatnymi partiami solowymi Napiórkowskiego, którego gra przypominała w tym miejscu zagrywki amerykańskiego gitarzysty Pata Metheny’ego. Czwarta część suity „Sunny Morning”, której nazwa wyłamuje się ze schematu miesięcy, to finał kompozycji, w którym wszystkie instrumenty zapowiadają nadejście lata.

Podczas koncertu będącego fuzją muzyki symfonicznej z jazzem, nowoczesności samemu charakterowi kompozycji „Spring Suite” dodała gitara Marka Napiórkowskiego, który zdaniem dyrygenta  Radomskiej Orkiestry Kameralnej był jedyną osobą, która mogła zastąpić Jarka Śmietanę, który był z resztą ogromną inspiracją dla 17-letniego Napiórkowskiego, stawiającego swoje pierwsze kroki w muzyce. Sporo na ten temat mówił w czasie koncertu sam artysta, który wspominał swojego mentora jako człowieka łączącego wysoki poziom gry z luzem i optymistycznym podejściem do życia. Ponadto Napiórkowskiego zafascynował w Śmietanie etos inteligencki, który przekierował młodego gitarzystę z rocka do ambitnego jazzu, który z powodzeniem gra do tej pory.

Koncert zakończył fragment kompozycji Henryka Mikołaja Góreckiego „Miserere”, którym muzycy wyrazili smutek po odejściu wielkiego gitarzysty jazzowego, który na zawsze pozostanie w pamięci słuchaczy jako pełen werwy muzyk, biorący udział w wielu projektach wymagających otwartości na nowe formy artystycznego wyrazu. Dobrym przykładem takiego przystosowania Śmietany do nowych trendów w jazzie był utwór „Story of Polish Jazz”, w którym współnie z raperami opowiadał historię polskiego jazzu. W jednej ze zwrotek kompozycji znalazły się słowa, które będą dobrym podsumowaniem tego tekstu: „Jarek Śmietana – kto to jest? One of the Masters of Polish Jazz!”. Drugie spotkanie w ramach tegorocznej LAJ było idealną okazją do zapoznania się z twórczością gitarzysty, który wniósł bardzo dużo do dorobku polskiego jazzu – warto o tym pamiętać.

/fot. Joanna Wal

/fot. Marcin  Jurkiewicz www.magiakadrow.com.pl

Zobacz także:

Iwona Kmiecik VibroQuintet i Jazz Q w Wytwórni (foto)

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
023a
Jordan Reyne w Łodzi Kaliskiej (foto)
IMG_9904
Dr Blues & Soul Re Vision w Manufakturze (foto)
IMG_5431
Iza Lach w Niebostanie (foto)
1 Komentarz
  • Irena
    11 lipca 2014 at 13:24

    Zdecydowanie feeling jest najważniejszy w muzyce 😉

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*