„Męska strona” kabaretu Jurki w Przechowalni

kabaret_jurkiRelacje damsko-męskie „wałkowane” są namiętnie we wszystkich przekazach kultury. Począwszy od kina wyższych i niższych lotów, a skończywszy na muzyce, również różnorakiej jakości. Po ten temat z gatunku „neverending story” sięgają także kabarety. Problemy wynikające z tak zwanej wojny płci rozważają między innymi Jurki, które wystąpiły w piątek 26 lutego w Przechowalni.

 
W 1996 roku na krakowską PAKĘ przyjechał mało znany wtedy kabaret Jurki. Istniejący od dwóch lat, rodził się pod czujnym okiem guru Zielonogórskiego Zagłębia Kabaretowego Władysława Sikory. Praca z mistrzem – twórcą legendarnego Potem i wytwórni A’YoY – przyniosła oczekiwane efekty. Jurki zgarnęły pierwszą nagrodę i tak oto rozpoczęła się ich kariera. Urzekli jurorów i publiczność prezentacją tak zwanego kabaretu form sierocych. Charakteryzowali  się specyficznym wyglądem, egzaltowaną mową i „przepraszającym” zachowaniem – kłaniali się w środku skeczu po każdej silniejszej reakcji publiczności, emocje wyrażali poprzez sztuczną deklamację, a stroje dobierali sobie o dwa numery za małe.

Czasy „sieroce” Jurki mają już dawno za sobą, mimo to ciągle pojawiają się w licznych realizacjach telewizyjnych, a kalendarz występów wypełniony jest z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Łódzkiej publiczności zielonogórscy artyści przedstawili swój najnowszy program zatytułowany „Po męskiej stronie”. Złożone na niego skecze taktują więc w dużej części o relacjach kobiet z mężczyznami. Problemy z tych zażyłości wynikające obserwujemy jednak tylko z perspektywy płci brzydkiej. Mamy więc przed sobą starego kawalera nieustannie sterowanego przez rodziców, mężczyznę wyrzuconego przez żonę z domu, czy próbującego popełnić samobójstwo frustrata, któremu sakramentalny związek z kobietą zaczął wyraźnie uwierać. Program zawiera także gagi nawiązujące do tematów do niedawna zarezerwowanych tylko i wyłącznie dla panów. Na scenie widzimy między innymi niespełnionego piłkarza rodzimej ligi „zdegradowanego” do kadry narodowej, czy żołnierza służby zasadniczej, który nie potrafi pożegnać się z koszarami. Aby zjednoczyć wszystkich bez wyjątku mężczyzn, Jurki grają również skecz opowiadający o gejach. Czyli dla każdego coś miłego.

Od samego początku widać, że nauki Władysława Sikory nie poszły w przysłowiowy las. Po raz kolejny kabareciarze pokazali, że nie trzeba ani fajerwerków, ani dziesięciu osób na scenie, żeby rozśmieszyć publiczność do łez. Na estradzie było ich dwóch – Wojtek Kamiński i Przemek Żejmo, a zza konsolety wspierał ich dzielnie tajemniczy Mateusz, ochrzczony przez widownię jako „Mateusz Wajchę Przełóż”. Ten pseudonim, wielokrotnie artykułowany przez publikę, przejdzie na pewno do historii Przechowalni. Podobnie zresztą jak i perlisty śmiech pewnej entuzjastki sztuki kabaretowej, który uroczo „dekoncentrował” Wojtka i Przemka. Na zakończenie Kamiński z niebywałym wdziękiem wcielił się w legendarnego Adama Słodowego i pokazał, jak samemu zrobić krótki film animowany przy pomocy brystolu, flamastra i patyczka.

Dobrze napisane teksty, niezła gra aktorska, a także „perełki” w postaci zabawnie deklamowanych krótkich form literackich – te czynniki powodują, że Jurki od lat znajdują się w elicie najchętniej oglądanych w Polsce grup kabaretowych. Jedynym minusem całego programu – z męskiego rzecz jasna punktu widzenia – była nieobecność na scenie Agnieszki Litwin-Sobańskiej, która od lat stanowi kobiecy filar Jurków. Skecze są jednak tak pomyślane, aby zaprezentować widzom tylko jeden punkt widzenia. Dla fanów Agnieszki mam dobrą wiadomość – zarówno ją, jak i znanego Wojtka Kamińskiego oglądać możemy w telewizyjnych realizacjach kultowego już serialu kabaretowego „Spadkobiercy”.

/foto. Wikimedia Commons (na zdjęciu także „brakujące ogniwo” Jurków – Agnieszka Litwin-Sobańska)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *