mowmivincentStarzy tetrycy na dużym ekranie pojawiali się już nie raz i nie dwa i wydawać by się mogło, że zdążyli się widowni ograć. Ale to chyba jeden z tych motywów, który, o ile zgrabnie podany, potrafi bawić widza za każdym razem. I w taki właśnie sposób po raz kolejny serwuje nam go Theodore Melfie w swoim najnowszym obrazie – „Mów mi Vincent”.

Tytułowy Vincent to właśnie taka maruda, do tego samotnik, ekscentryk, hazardzista i gbur. Dużo pije, dużo pali, a jego przyjaciółką jest prostytutka – imigrantka . Nie da się ukryć, że żyje po swojemu, najczęściej zrażając do siebie ludzi próbujących się do niego zbliżyć. Wskutek zbiegu okoliczności zostaje niańką młodego chłopca, swojego nowego sąsiada – Oliviera. Niespodziewanie dla niego samego, chłopiec zaczyna darzyć go sympatią widząc w nim coś więcej niż zgorzkniałego, starszego gościa z problemami.

Film Melfie-go, jakkolwiek klasyfikowany jako komedia, czystą komedią nie jest. To raczej obraz łączący w sobie zarówno elementy komediowe, jak i dramatyczne. Zabawne dialogi i sytuacje wywołują głośny śmiech i niejednokrotnie uśmiech na twarzy widza, w czym duża zasługa samego głównego bohatera. Grający rolę Vincenta Bill Murray spisał się znakomicie tworząc swoją kreację z dużą naturalnością i swobodą. Jako arogancki i bezczelny mizantrop jest po prostu bardzo przekonujący, ale tego po Murray-u można się było spodziewać. Uroku nie można odmówić także partnerującemu mu, dopiero stawiającemu pierwsze kroki na dużym ekranie, młodziutkiemu Jaeden-owi Lieberher-owi, odtwórcy roli Oliviera. Podobnie jest z wcielającą się w postać przyjaciółki Vincenta – Daki, Naomi Watts, która przykuwa uwagę widowni, i to nie tylko swoimi skąpymi, kiczowatymi strojami. Swoim bezpośrednim stylem bycia dokłada ona niemałą cegiełkę do komediowej warstwy obrazu.

Jednakże za tą jakże zabawną i ironiczną otoczką tworzoną przez pierwszoplanowych bohaterów mamy w filmie również sprawy poważne i zwykłe, codzienne problemy. Gdzieś w tle bohaterowie borykają się bowiem z kłopotami finansowymi, rodzinnymi oraz zdrowotnymi, ze śmiercią bliskich włącznie. Dla równowagi są więc momenty kiedy żarty i śmiech odkładamy na bok zastanawiając się nad tragediami bohaterów.

Mimo tej dwutorowości, w obrazie Melfie-go nie ma nic odkrywczego i nietrudno widzowi domyślić się jakie będzie zakończenie. Reżyser gładko prowadzi nas przez kolejne sceny, odkrywając przy okazji fragmenty z życia Vincenta, a w miarę rozwoju nieskomplikowanej historii mamy okazję zobaczyć, jeśli nie metamorfozę to na pewno drugie, zaskakująco wrażliwe oblicze zrzędy.

Podsumowując, film „Mów mi Vincent” to na pewno kino spójne i ciepłe w odbiorze, w dużej mierze traktujące o przyjaźni, którego głównym przesłaniem wydaje się być pospolite „pozory mylą”. Warto zobaczyć chociażby dla stworzonej przez Billa Murray-a kreacji aktorskiej.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
ostatniwladca
Ostatni Władca Wiatru – recenzja
rajmilosc
Raj: miłość – recenzja
doutratysil
Do utraty sił – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*