mlodosc

Może się wydawać, że w dzisiejszej dobie kina brakuje godnego następcy wielkich włoskich filmowców XX wieku, do których beż wątpienia należą: Luchino Visconti, Pier Paolo Pasolini, Michelangelo Antonioni, Bernardo Bertolucci i najwybitniejszy z nich – Federico Fellini. Kiedy w 2011 roku na ekrany wszedł film „Wszystkie odloty Cheyenne’a”, cały świat usłyszał o niejakim Paolo Sorrentino. Idąc za ciosem, dwa lata później reżyser nakręcił swoje opus magnum, czyli „Wielkie piękno”, za które otrzymał Oscara w kategorii 'najlepszy film nieanglojęzyczny’.

Najnowszy film Sorrentino „Młodość”, opowiada historię dwóch zaprzyjaźnionych ze sobą mężczyzn – kompozytora Freda i reżysera filmowego Micka. Panowie wyjeżdżają do ekskluzywnego hotelu położonego w szwajcarskich Alpach i tam starają się podsumować swoje dotychczasowe osiągnięcia.

„Młodość” jest filmem bliżej nieokreślonym. Nie da się go odpowiednio zaklasyfikować, nazwać, zdefiniować. Jego wielogatunkowość powoduje, że w konsekwencji otrzymujemy obraz kompletny. Próba myślenia, że to kilka różnych składników wrzuconych do jednego kotła, jest niedorzeczna. Reżyser czerpie od innych twórców, zachowując przy tym własny, unikalny styl. Hołd dla „Osiem i pół” Felliniego jest wręcz namacalny.

O jakości filmu świadczą ponadto zespół aktorski, zwłaszcza kreacje Michaela Caine’a, Rachel Weisz i nieśmiertelnej Jane Fondy, przepiękne zdjęcia, nastrojowa muzyka i najważniejszy element – scenariusz. Każdy dialog zawiera jakieś niebanalne, ukryte przesłanie. Kwestie wypowiadane przez bohaterów to zlepek inteligentnie skonstruowanych ripost, które nie tylko uczą, ale przede wszystkim bawią. Humor jest bowiem fundamentem, na którym reżyser zbudował cały obraz.

„Młodość” jest filmem wyśmiewającym dzisiejsze trendy. Sorrentino doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że kinem rządzą pieniądze, blichtr i konwenanse. Podstarzały reżyser Mick i jego ekipa występują tu w roli posłańców, których zadaniem jest uświadomienie widzom tego, że to medium chyli się ku upadkowi. Na tym nie koniec. Kolejnym aspektem poruszanym w filmie jest podejście fanów do ich ulubionych aktorów. Myślicie, że taki Sean Connery chce być kojarzony tylko z rolą Jamesa Bonda? Sam aktor zawsze twierdził, że nie jest to osiągnięcie jego życia, a wypominanie mu tylko tej kreacji świadczy o braku znajomości jego warsztatu, a co za tym idzie, ciekawszych ról, jakimi nas obdarował.

Sorrentino nie pozostawia także suchej nitki na serialach, które w ostatnim czasie zdominowały rynek. Może niedługo będziemy musieli wykupić karnet do kina, ale nie na film, tylko na któryś odcinek któregoś sezonu któregoś serialu. Podobnie ma się sprawa z muzyką, która oferuje jedynie puste pop – gwiazdy. Ważne, żeby rozmiar piersi i kształt pupy się zgadzały.

Z jednej strony Sorrentino piętnuje teraźniejszy świat kultury, z drugiej przeciwstawia brzydotę pięknu, przemijanie narodzinom, wstrzemięźliwość pragnieniom. Właśnie ten ostatni zabieg wypada tutaj najlepiej. Kordony starych, pomarszczonych ciał zlewają się z ich młodszymi wersjami – pięknymi, jędrnymi, kształtnymi. Podróże ku wspomnieniom kończą się na tym, że bohaterowie nie pamiętają tego, czego wcześniej doświadczyli. Rodzi się za to refleksja nad tym, co jeszcze przed nimi. Pragnienia natomiast nie są postrzegane jako coś grzesznego. Są motywacją do działania. Jeśli czegoś pragniesz, za wszelką cenę chcesz to zdobyć. Sorrentino zdobył. Chyba mamy do czynienia z nowym mistrzem.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
panlazhar
Pan Lazhar – recenzja
dlugie
Długie dzieciństwo – recenzja
karatekid
Karate Kid – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*