mistrzowie_plakat_oficjalny„American dream” z wszystkimi jego konsekwencjami wiecznie żywy. Tak w skrócie można by opisać dokument Berta Marcusa „Mistrzowie”, w którym znane nam legendy boksu zawodowego opowiadają o początkach swojej kariery, jej gorszych i lepszych stronach oraz życiu osobistym.

Mike Tyson, Evander Holyfield i Bernard Hopkins, bo o tych legendach mowa, grają tu pierwsze skrzypce i budują główną oś obrazu. Panowie na zmianę opowiadają przed kamerą o trudnym dzieciństwie, początkach przygody z boksem, pierwszych i kolejnych sukcesach na ringu, zdobytej fortunie, wreszcie o swoim upadku i życiu po zakończeniu kariery zawodowej. Ich historie mają kilka punktów stycznych. Wszyscy pochodzą z wielodzietnych i biednych rodzin, wszyscy mają za sobą ciężkie doświadczenia: bójki, kradzieże, pobyty w więzieniu. Wszystkim też się poszczęściło – w wyniku różnych wydarzeń każdy z nich trafił na ring, każdy zarówno dzięki  talentowi, jak i pracy zaczął odnosić na nim sukcesy. Każdy też spadł w końcu z piedestału, na który z takim trudem się wdrapał.

Dla tych panów boks stał się niejako ucieczką od dotychczasowego życia i tak naprawdę ich biografie to wypisz – wymaluj historie z serii od zera do bohatera, historie, które przecież znamy nie od dziś. Nie od dziś znamy również taką formę dokumentu jaką serwuje nam Bert Marcus – dokumentu biograficznego. Jednakże, mimo iż w samej formie tego obrazu nie ma nic odkrywczego to jednak ogląda się go z niekłamanym zaciekawieniem. Reżyser zgrabnie przeplata wypowiedzi mistrzów boksu z archiwalnymi nagraniami oraz urywkami transmisji telewizyjnych z gali bokserskich. Zaś Tyson, Holyfield i Hopkins umiejętnie przybliżają nam swoje życie i to właśnie te ich przegadane części wciągają najbardziej.

Oprócz mistrzów na ekranie pojawiają się również mniej bądź bardziej znane osobistości takie jak chociażby Mary J. Blige, 50 Cent czy Mark Wahlberg. Można by w tym miejscu polemizować czy ich obecność jest uzasadniona i wnosi cokolwiek istotnego do całości obrazu. Na pewno postaci te przedstawiają widzowi boks z ich własnej perspektywy, najczęściej po prostu z punktu widzenia entuzjastów tego sportu. Wydaje się także, że ich wypowiedzi stanowią tło do wyłaniających się z ekranu refleksji reżysera. Bert Marcus skupia się bowiem nie tylko na historiach głównych postaci, ale stara się przedstawić pewien uniwersalny obraz boksu jako sportu dla tych biedniejszych, których motywacją jest lepsze życie, sportu, który wyniszcza i ringu jako miejsca, które niewątpliwie wiąże się z wyzyskiem. I to reżyserskie generalizowanie jest tą znacznie słabszą częścią filmu.

Koniec końców „Mistrzowie” przedstawiają się więc bardziej jako dokument o tym z czym wiąże się kariera sportowa w boksie i jak może wpłynąć na życie bokserów – tu akurat Tysona, Holyfielda i Hopkinsa, niż film o boksie. Z perspektywy widza niewiele mającego do czynienia z tym sportem to na pewno kino wciągające, które ogląda się z zainteresowaniem.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
ilumialasfacetow
Ilu miałaś facetów? – recenzja
elitarni2
Elitarni – Ostatnie starcie – recenzja
wrognumerjeden
Wróg numer jeden – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*