miloscO ile o Trzasce, Możdżerze i Tymańskim, jako o muzykach autonomicznych, słyszał prawdopodobnie każdy, to o zespole Miłość już niekoniecznie. Ja nie słyszałam. Ale dzięki Dzierżawskiemu wiem już wszystko.

Film ten bowiem tak skrzętnie i lekko jest prowadzony, że widz niepostrzeżenie pochłania miliony historii i opowieści. Powodem całego zajścia z kamerą jest tak naprawdę reaktywacja Miłości, lub mówiąc ostrożniej i rzetelniej, spotkanie po latach. Dokument jednak historię rozszerza, przenosi do przeszłości, pozwala poznać początki, genezę. Zahacza o wszystkie przygody, mniejsze i większe zdarzenia, stany świadomości, wrażenia i doznania, które miały miejsce w trakcie działalności zespołu, by ostatecznie dojść do jego rozpadu. Koniec ten wisiał w powietrzu, ale finalnie doprowadziła do niego samobójcza śmierć jednego z muzyków grupy – Jacka Oltera. Na tym jednak nie koniec, dokument przedziera się dalej, głębiej, prócz retrospekcji ofiarowuje ponowne interakcje, próby muzyczne (choć przede wszystkim te personalne), by dobrnąć aż koncertu na Off Festivalu w 2009 roku.

Dzierżawski wykonał perfekcyjną robotę, specjalnie upewniałam się i nie mogłam uwierzyć, że jest to debiut. Jego materiałem jest historia piękna, ale niezwykle burzliwa i poharatana – on oddaje to doskonale, czy mówiąc precyzyjniej, pozwala temu doskonale wybrzmieć. Nie jest to suchy, beznamiętny twór ukazujący historię oddzieloną od odbiorcy murem, szybą, tutaj wszystko oddycha, pulsuje i trzeszczy, gdy trzeba. Nie ma to być dokument tylko o zespole, poświęca się tutaj przede wszystkim uwagę uczuciom. Chodzi o Miłość, Miłość pisaną wielką literą, ale interpretowaną na multum sposobów. Nie jest to tylko nazwa grupy ludzi, lecz uczucie, które charakteryzowało ich relacje, czasem skrajne intensywne, niemal spalające, ale i odsuwające, miażdżące. W tym filmie to widać, czuje się to każdym porem skóry.

Świetnie to wszystko zostało razem obmyślane i poskładane. Dopełniają się odmienne formy realizacji. Mamy materiały wygrzebane z archiwum, inscenizowane sceny z przeszłości, intymne wywiady twarzą w twarz i rozmowy, próby, koncerty. Dzięki temu zyskujemy różne perspektywy, a także dynamikę i energię, dzięki której nasz poziom zaabsorbowanie nie maleje ani na sekundę.

Miłość to tak naprawdę smutny dokument. Ukazujący, że uczucia rdzewieją, ludzie się rozmijają, a energia, która kiedyś posiadała moc elektrowni atomowej, dziś jest zaledwie marną iskrą, która już nikogo nie porusza. Mimo wszystko skonstruowane jest to przekornie, przezabawnie i intrygująco. Stwierdzenia, że Miłość to najlepszy dokument muzyczny od lat nie są czczym gadaniem.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
gnomeo
Gnomeo i Julia – recenzja
salvoocalony
Salvo. Ocalony – recenzja
droganapolnoc
Droga na północ – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*