KENOR_Hiszpania__al._Kosciuszki_32_Lodz_Poland_fot._Kenor_2011W Łodzi studiował Roman Polański i Agnieszka Osiecka. Pochodzą stąd Tuwim i Rubinstein. Zorganizowano tu też pierwszy w Polsce fashion week. Co sprawia, że o Łodzi coraz częściej głośno jest na świecie? Kolorowe, dziwaczne, słodkie i mroczne rysunki jak tatuaże zdobią ściany wielu jej budynków tworząc swoistą mapę, dzięki której mieszkańcy mogą określać lokalizacje, w których się znajdują. Dlaczego właśnie tutaj obejrzymy najlepsze wielkoformatowe obrazy w Polsce? Rozmowa z Michałem Bieżyńskim – dyrektorem artystycznym projektu Galeria Urban Forms w latach 2009-2014, obecnie kuratorem odpowiedzialnym za sztukę w przestrzeni miejskiej w Łodzi z ramienia Łódzkiego Centrum Wydarzeń.

Wielkoformatowa galeria sztuki z pracami najsłynniejszych, światowych artystów w mieście kojarzącym się z szarzyzną i fabrycznymi kominami, zdaje się być idealnym pomysłem na to, by uatrakcyjnić i ożywić przestrzeń. Pomimo to nie było łatwo zdobyć poparcia miasta i funduszy na wasz projekt?

Nie było to proste, choć z drugiej strony nie spodziewaliśmy się, że od razu wszyscy będą do tego projektu przychylnie nastawieni. Kiedy w listopadzie 2009 roku pojawiliśmy się na komisji promocji w Urzędzie Miasta Łodzi, pomimo entuzjazmu ze strony radnych oraz natychmiastowego zainteresowania mediów, projekt nie zdobył dofinansowania.  Od tego dnia, pierwsze dwa lata spędziliśmy na spotkaniach z poszczególnymi prezydentami, dyrektorami, radnymi, przewodniczącymi itd. – słowem – ze wszystkimi osobami, które mogłyby mieć ewentualny wpływ na to, żeby uzyskać dofinansowanie. Dwa lata przekonywania, reklamowania, tłumaczenia, wyjaśniania, nakłaniania, argumentowania itd. Uznaliśmy od początku, że projekt jest na tyle związany z miastem, korzystny dla niego i na tyle permanentnie wpływa na jego codzienną estetykę, że Urząd Miasta powinien w nim finansowo partycypować. Po dwóch latach spotkań, udało się finalnie otrzymać pierwsze dofinansowanie ze strony Miasta.

Czy przez ten czas udało się stworzyć już jakieś obrazy?

Tak oczywiście. W ciągu tych dwóch pierwszych lat udało się nam zorganizować siedem murali, głównie z twórcami z Polski. Najpierw przy współpracy z fundacją Orange, od której otrzymaliśmy grant i zrobiliśmy dwie pierwsze ściany, później z Festiwalem Komiksu, z Uniwersytetem Łódzkiem, z prywatnymi sponsorami, a także z Festiwalem Viva Flamenco – wtedy zaprosiliśmy pierwszy raz osobę spoza Polski – przyjechał malarz z Hiszpanii o pseudonimie Kenor. Powstałe wtedy obrazy składają się obecnie na całość projektu, a w tamtym czasie, dzięki tym muralom mieliśmy szansę pokazać urzędnikom, co próbowaliśmy im wytłumaczyć mówiąc o Galerii Murali i jak znakomitej jakości murale mogą funkcjonować w Łodzi. Stworzył się też szum wokół naszych działań i zaczęliśmy odbierać bardzo pozytywny feedback ze strony mieszkańców. Wiedzieliśmy, że mając odpowiednie środki finansowe, będziemy mogli stworzyć projekt światowej skali, dzięki któremu puste ściany w centrum Łodzi zostaną przekonwertowane na wartościowe dzieła sztuki. Jak już wspomniałem, po dwóch latach udało nam się uzyskać dofinansowanie z Miasta, co dało nam możliwość zorganizowania pierwszego dużego wydarzenia w postaci festiwalu (wrzesień 2011 r.), na który zaprosiliśmy też artystów z Europy. Na przestrzeni trzech tygodni powstało sześć obrazów. O Łodzi zaczęło być głośno. Pisały o nas media krajowe, jak i zagraniczne. Urząd Miasta przekonał się wtedy jaki potencjał tkwi w tym projekcie. Od tamtej pory zostało stworzonych ponad 40 obrazów przez czołowych wielkoformatowych malarzy z całego świata, m.in. z Brazylii, Chin, Chile, Australii, Puerto Rico, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Niemiec, Belgii, Rosji, a także oczywiście z Polski.

W Polsce powstaje coraz więcej murali.

Miasta dostrzegły, że dzięki tego typu sztuce można stworzyć coś naprawdę interesującego i wartościowego dla przestrzeni miejskiej. Niestety w wielu z nich, nie dba się zupełnie o jakość artystyczną, nikt nad tym nie czuwa. Powstają przypadkowe murale w ramach różnych mniejszych lub większych festiwali, często nie związanych w ogóle ze sztuką. Tworzone są również murale malowane przez agencje reklamowe, murale komercyjne, historyczne, rocznicowe, kommemoratywne itd. Murale niestety wykorzystywane są w instrumentalny sposób, do promocji różnego rodzaju zjawisk, wydarzeń lub działań, nie mających ze sztuką związku. Oczywiście, w tym gąszczu można także znaleźć miejsca – miasta w Polsce, gdzie tworzy się murale w pełni artystyczne.

SATONE_Niemcy_Etam_Cru_Polska_al._Kociuszki_27_d_fot._Maciej_Stempij_2011

Pierwsza była chyba gdańska Zaspa.

Tak. Mam jednak zastrzeżenia do poziomu artystycznego tego projektu, ale to nie miejsce żebym o tym mówił. Błędem, który można zobaczyć na kilku gdańskich ścianach, są np logotypy sponsorów. My od samego początku uznaliśmy, że nasz projekt jest w pełni artystyczny i nie ma możliwości dodawania do samych murali jakichkolwiek komunikatów reklamowych. Oczywiście współpracowaliśmy ze sponsorami na różnych warunkach, bez ich pomocy organizacja projektu na taką skalę jest praktycznie niemożliwa, jednakże jeżeli chodzi o płaszczyznę samych murali – powierzchnia ściany jest zarezerwowana tylko i wyłącznie dla artysty i nikt poza nim nie ma tam wstępu. Podobnie jak w muzeum, na płótnach znajduje się sama praca artystyczna, jedynie obok jest miejsce na małą tabliczkę informacyjną. Traktujemy ściany jak ogromne płótna. Analogicznie – nie może zdarzyć się sytuacja, kiedy jakiś obraz powstanie na ścianie, na której wisi billboard czy inna powierzchnia komercyjna.

Łódź jest najbardziej kojarzona z muralami w Polsce, mimo że są miasta, w których jest ich więcej.

W chwili obecnej to ponad 40 ogromnych obrazów. Wydaje mi się to pokaźnym zbiorem. Niemniej jednak, absolutnie żadnej wartości nie stanowi ilość. Co znaczy ilość? Ilość pomalowanych ścian? Ilość zamalowanych metrów kwadratowych? W niektórych miastach, w „rankingach” ilości murali liczy się ściany o rozmiarze przykładowo 4 na 5 metrów. Jeden z łódzkich murali – praca Proembriona – to obraz na ścianie o wymiarach 68 x 11 metrów. Gdyby ją postawić w pionie, miałaby około 20 pięter wysokości. Gdyby podliczyć ilość powierzchni jaką zajmuje, wyszłoby kilkanaście takich ścianek. Zdaje sobie sprawę, że kategoria „ilość” jest nośna i media ją łapczywie sprzedają, ale to zupełnie nie na tym rzecz polega. Jako kurator całego przedsięwzięcia, czy to w Urban Forms, czy obecnie w Łódzkim Centrum Wydarzeń, od samego początku zwracałem uwagę na jakość artystyczną. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że nasz łódzki projekt, pod kątem jakości  artystycznej, w stosunku do teoretycznie podobnych projektów, jest jednym z trzech – czterech najciekawszych na świecie. Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy i postrzega te prace jako rodzaj czegoś egzotycznego, miłego dla oka – fajnych kilka kolorów na ścianie. Bardzo wyraźnie podkreślam, że mamy do czynienia z obrazami światowej czołówki. Z samych obrazów z Łodzi można by stworzyć reprezentatywny album o najlepszych malarzach wielkoformatowych początku wieku. O Łodzi jest głośno dlatego, że nagromadzenia takiej ilość takich nazwisk nie znajdzie się raczej nigdzie na świecie, może tak jak wspomniałem – poza trzema, czterema innymi miejscami.

Kiedy dokładnie można zobaczyć artystów w trakcie tworzenia murali w Łodzi? Czy jest to jakiś konkretny termin?

W latach 2009-2014, kiedy pracowałem pod szyldem Urban Forms, główną częścią naszego projektu był „festiwal”. Było to jednak tak naprawdę tylko słowo  „klucz” dla mediów, mieszkańców i sponsorów. Służyło łatwiejszej komunikacji. Festiwal był tak naprawdę narzędziem do budowania czegoś większego, czegoś bardziej trwałego. Mam na myśli oczywiście Galerię – permanentną kolekcję obrazów, które można zobaczyć każdego dnia w Łodzi. Oczywiście, w tym okresie festiwalowym, czyli zwykle w okolicach września-października można było zobaczyć artystów bezpośrednio przy pracy. Niemniej jednak, sam proces powstawania muralu „w czasie” rzeczywistym, nie jest czymś spektakularnym, czymś czemu można się z zaciekawieniem przyglądać przez dłuższy czas. Obecnie, kontynuując organizację projektu już z ramienia Łódzkiego Centrum Wydarzeń, moim celem jest zupełna rezygnacja z festiwalu. Chciałbym zamienić go raczej w generalny, oficjalny „program miejski”, w ramach którego w Łodzi powstają różnego rodzaju obiekty artystyczne przez cały rok. Murale, instalacje, rzeźby, interwencje, różne projekty interdyscyplinarne.

Etam_Cru_Polska_al._Politechniki_16_d_fot._Maciej_Stempij_2013

Z Łodzi pochodzi jedna z ważniejszych grup jeśli chodzi o murale – Etam Crew.

Tak. Przemek i Mateusz studiowali w Łodzi. W tej chwili już tu nie mieszkają, ale  chyba mogę śmiało powiedzieć, że tutaj rozkwitła się ich międzynarodowa kariera. Wspólnie z Etamami zorganizowaliśmy w Łodzi sześć murali, w tym m.in. ich prace dyplomowe na ścianach. Obecnie są już zapraszani na różne festiwale, w tym m.in. w Richmond w Stanach, w Australii, Nowej Zelandii czy na Hawajach. W tej chwili są jednymi z najbardziej popularnych artystów jeśli chodzi o malarstwo wielkoformatowe. W ich figuratywnych obrazach można znaleźć lekko surrealistyczne połączenia ludzi i zwierząt, całość utrzymana jest zazwyczaj w świetnej kolorystyce i baśniowym, magiczno-onirycznym klimacie. Według mnie znakomita rzecz.

W jaki sposób dobierasz zapraszanych artystów ?

Kluczem doboru jest przede wszystkim różnorodność. Zależy mi na tym, żeby każdy z mieszkańców – to oni są głównymi beneficjentami tej sztuki, stykają się z nią każdego dnia – mógł wybrać prace, które podobają mu się najbardziej, z którymi może się utożsamić. Obecnie mamy już w Łodzi całą paletę estetyk, styli, form i treści. Precyzyjnie docięte, industrialne szablony M-City, abstrakcyjne obrazy Proembriona, Penera czy Kenora, balansujące na granicy abstrakcji i figuratywności murale Roberta Procha, Remeda czy Sat-One’a, figuratywne ściany Aryza, Etam Crew, Sepego czy Morika, szkicowe prace Alexisa Diaza czy Gregora itd itd. Cześć murali ma charakter bardziej graficzny, inne są w pełni malarskie, jeszcze inne to głównie ilustracja. Ściany monochromatyczne mieszają się z full kolorem. Jest też wykuwany w ścianie obraz autorstwa portugalskiego artysty o pseudonimie Vhils. Niebawem do Łodzi przyjedzie Łukasz Berger, który przymocuje do ściany około 1200 metalowych elementów, tworzących  instalację wykorzystującą światło i różny kąta padania promieni słonecznych.

Musimy pamiętać o tym, że mówimy o przestrzeni miejskiej, czyli przestrzeni publicznej, nie możemy pozwalać sobie na organizację murali tylko wyłącznie w wybranej, wąskiej stylistyce czy treści. Te obrazy, ze względu na swoje wymiary oraz ekspozycję automatycznie niosą ze sobą również formę edukacji wizualnej, mają na celu uświadamianie ludziom mnogości różnego rodzaju estetyk. Byłem świadkiem bardzo ciekawych zderzeń opinii bezpośrednio podczas organizowanych przeze mnie wycieczek szlakiem murali. Przykładowo pod muralem Roa. Dwie starsze Panie odwracając się w stronę ściany, symultanicznie wyraziły swoje odczucia. Pierwsza – „fuuj, ale to paskudne”; druga – „o ten jaki ładny”. Kiedy usłyszały siebie nawzajem zaczęła się dyskusja – „Halina, no co Ty, przecież to szkaradztwo jest….”, „nie no jak, super wygląda”….itd itd. Innym razy jedna Pani wygłaszała peany nad „czystą formą” muralu Penera, jednocześnie żarliwie krytykując znajdujący się naprzeciwko obraz M-City. Moim zdaniem, tak to ma funkcjonować, murale powinny budzić różne emocje. Wierzę, że taki pluralizm form i treści jest najciekawszym kluczem doboru artystów przy tego typu publicznym projekcie artystycznym.

Ponadto, w kontekście murali oficjalnych, tych, które powstają w ramach dużych festiwali, uważam, że przestrzeń publiczna nie powinna być miejscem ekspozycji murali zbyt brutalnych, zbyt drastycznych w swojej formie i treści. Absolutnie nie chodzi o to, żeby tworzyć przedszkole z przestrzeni publicznej, ale tam gdzie przestrzeń jest już „zdegradowana”, a warunki mieszkaniowe nie najlepsze, nie ma sensu dokręcać śruby i skazywać mieszkające na około osoby na codzienne koegzystowanie z czymś, co dodatkowo drażni, przygnębia i epatuje ponurym pesymizmem. Mówię oczywiście o ekstremalnych przypadkach, o pracach ewidentnie ostrych w wyrazie. Nie mam na myśli jakiejś cenzury ze strony oficjeli, plastyków miast czy konserwatorów. Chodzi o czysto ludzką cenzurę społeczną oraz wyrozumiałe i odpowiedzialne podejście do mieszkańców.
Musimy pamiętać także o tym, iż codziennymi, masowymi odbiorcami murali są wszyscy mieszkańcy, bardzo często nie mający ze sztuką i malarstwem żadnego związku. Biorąc to pod uwagę, wydaje mi się, że eksperymenty artystyczne idące w stronę daleko posuniętego minimalizmu lub zbyt oszczędnego konceptualizmu również nie są najlepszym pomysłem na obrazy, które organizujemy na wyeksponowanych elewacjach, z którymi na co dzień ma kontakt tysiące osób. Próbą zbyt ezoterycznego dialogu ze sztuką współczesną możemy spowodować kompletne niezrozumienie obrazu, co za tym idzie brak chęci jego zrozumienia i finalnie zupełnie obojętny i bezrefleksyjny jego odbiór. W tym przypadku również mam na myśli tylko i wyłącznie skrajne przypadki takich działań.  Utrzymana na wysokim poziomie artystycznym różnorodność form, styli, estetyk, treści, ekspresji is the key!

ARYZ_Hiszpania_Pomorska_67_d_fot._Marek_Szymaski_2011

Prace nie są zatem tworzone według jakichś wytycznych?

Zapraszamy artystów i oddajemy im ściany jako płótno. Według mnie to, co jest najbardziej sensowne i najciekawsze to to, co wychodzi bezpośrednio od samych malarzy, więc w żaden sposób nie są oni ograniczeni i niczego im nie narzuca. Ich autorska twórczość jest najbardziej wartościowa. Oczywiście przy założeniu podstawowych, fundamentalnych standardów etyczno-moralno-religijno-obyczajowych – ale to chyba jest oczywiste, transparentne i nie trzeba tego tłumaczyć.  W ramach działań UF, dwa razy jednak zorganizowaliśmy murale dedykowane ważnym postaciom dla łódzkiej kultury. Mam tu na myśli Artura Rubinsteina i Juliana Tuwima. Uznaliśmy, że są to artyści wywodzący się bezpośrednio z Łodzi i warto się nimi pochwalić.

Czy artyści w jakiś szczególny sposób traktują ściany, na których wcześniej widniały inne murale?

Tak naprawdę mieliśmy tylko dwa takie przypadki. Hiszpański artysta Aryz, który jest świetnym kolorystą, jako tło swojego projektu wykorzystał „zgliszcza” muralu reklamowego zakładów Unitra-Fonica, znajdującego się przy skrzyżowaniu al. Politechniki z ul. Wróblewskiego. Stworzył projekt, który wizualnie wpasował się w pozostałości muralu z okresu PRL. Podobnie zrobił Polski artysta o pseudonimie Lump. Mam na myśli pracę z sercem na ul. Wólczańskiej 109. Tam też wcześniej był mural reklamowy, który kompletnie wyblakł. Lump znalazł w sieci zdjęcia starego muralu, który odnosił się do znajdującej się obok stacji straży pożarnej. Głównym elementem starego muralu był napis „pożar” w określonym miejscu, określonej czcionce i rozmiarze. Lump wykorzystał ten element, odtworzył i przekształcił go na ścianie układając w napis „Czas pożarł nas”. 

Czy ciężko jest namówić światowej klasy artystów na przyjazd do Łodzi?

Artyści patrzą na organizację projektu, trzeba do tego podejść w pełni profesjonalnie. Najistotniejszym jest aby mieli zapewnione komfortowe warunki. Zarówno kiedy działałem pod szyldem UF, jak i obecnie w ramach ŁCW, pokrywamy wszystkie koszty związane z ich przyjazdem, malowaniem, pobytem, transportem, wyżywieniem i wynagrodzeniem itd. Zapewniamy ciekawe, dobrze wyeksponowane „płótna”, bo w Łodzi dysponujemy dużymi, świetnie zlokalizowanymi ścianami, których w innych miastach tak łatwo nie znajdziesz. Myślę, że artyści zwracają też uwagę na to, kto przyjechał tu wcześniej i jakich innych artystów udało się zaprosić. Podkreślę to raz jeszcze – w Łodzi mamy do czynienia ze światową elitą w kategorii malarstwo wielkoformatowe. „Wisienką na torcie” jest obecność braci Os Gemeos, którzy wspólnie z Aryzem zrobili obraz przy ul. Roosevelta 5, który stanowi bezdyskusyjną nobilitację dla tego miasta i tego projektu. Os Gemeos to ojcowie chrzestni dzisiejszego fenomenu malarstwa wielkoformatowego na świecie. Swoją przygodę ze sztuką ulicy zaczynali w połowie lat osiemdziesiątych na ulicach Sao Paulo, a na ich twórczości wychowywały się pokolenia street artystów. Współpraca z nimi to dla mnie absolutny honor.

Organizujesz wycieczki podczas, których opowiadasz o pracach. Często zdarzają się goście zza granicy?

Osoby z różnych stron świata coraz częściej przyjeżdżają do Łodzi tylko po to, żeby zobaczyć te prace na żywo. Oprowadzałem gości z Australii, Włoch, Portugalii, Holandii, Węgier, Szwecji, Hiszpanii, Stanów, Kanady… Stacja ABC News z Ameryki Południowej, która dokumentowała najważniejsze wydarzenia kulturalne w Europie, przyjechała specjalnie do Łodzi żeby pokazać tylko murale. Nie interesowała ich odbudowana Warszawa, ani zabytkowy Kraków. Gościliśmy także niemiecką stację ARD – odpowiednik naszej jedynki – która zrobiła relację z jednej z wycieczek. Na wycieczkę załapał się też Michał Piróg z ekipą Dzień Dobry TVN. Niedawno jeździłem po muralach z ekipą ze stacji Canal + Discovery. Ostatnio do Łodzi przyjechał Michael Pina, producent jednego z klipów grupy Muse, który wybrał się do Łodzi z Los Angeles, tylko na jeden dzień – żeby zobaczyć murale.  Była dziewczyna z Paryża, która, zobaczywszy przez przypadek wzmiankę o łódzkich muralach w samolotowej gazetce, przyjechała tutaj tylko dla murali, nie mając o Łodzi żadnego pojęcia. Było też 68 letnie małżeństwo spod San Franciso, które sprzedało dom i wybrało się na podróż dookoła świata. Jednym z pierwszych punktów na ich mapie były łódzkie murale. Ze względu na murale, amerykański HUFFINGTON POST w 2014 roku nadał Łodzi tytuł „The artsiest city”. Ogólnoświatowy portal BOREDPANDA.COM umieścił Łódź na drugim miejscu wśród 20 miast z najciekawszą sztuką w przestrzeni miejskiej. W 2013 roku była tutaj ekipa ze stacji CNN, która stworzyła specjalny materiał w oparciu o murale w Łodzi. Ma to już zdecydowanie międzynarodowy zasięg.

VHILS_Portugalia_mural_wykuwany_w_tynku_skrzyowanie_Kopernika_z_eromskiego_fot._Marek_Szymaski_2014

Niektórzy mieszkańcy miasta określają lokalizacje posługując się opisami poszczególnych murali.

Tak, wydaje mi się, że to się zdarza dość często. Można opisywać miasto za pomocą lokalizacji obrazów. Ludzie umawiają się np. przy kąpiącej się kobiecie na ul. Pomorskiej czy przy łasicach na Nowomiejskiej. Nie trzeba podawać numeru, to dość naturalne zjawisko.

Dlaczego zapragnąłeś stworzyć w Łodzi galerię obrazów wielkoformatowych?

To nie jest tak, że zapragnąłem ja sam. Przy całym projekcie zacząłem działać pod szyldem Urban Forms, współpracując z jedną osobą. Poza wieloma obowiązkami, ja wniosłem przede wszystkim wkład i wiedzę merytoryczną dotyczącą artystów oraz sztuki w przestrzeni miejskiej. Jestem z tym związany tak naprawdę od drugiej połowy lat 90, kiedy nie istniało jeszcze hasło „street art”, kiedy nikt nie mówił o muralach, kiedy w Polsce pierwsze kroki zaczęło stawiać graffiti, a ja sam miałem jakieś 11-12 lat. To zainteresowanie graffiti, a przede wszystkim kulturą hip-hopową w szerokim ujęciu, sprawiło, że zainteresowałem się sztuką generalnie i poszedłem na studia z nią związane. Mówię oczywiście o czystym zainteresowaniu, nie tworzeniu. Obserwowałem rok po roku jakim przekształceniom ulegają działania wywodzące się bezpośrednio z graffiti, jakie nowe formy, techniki, technologie są wykorzystywane, jak bardzo ta sztuka się zmienia i ewoluuje. Będąc studiach pisałem też artykuły na ten temat itd itd. Chęć zorganizowania dużego projektu artystycznego w przestrzeni miejskiej w Łodzi była zatem czymś naturalnym, logicznym następstwem wieloletnich zainteresowań.

W muralach znakomite jest to, że są permanentne. Tworzą stałą galerię w przestrzeni miejskiej. Inne formy sztuki, takie jak chociażby instalacje również mogą być niezwykle interesujące, ale mi osobiście bardzo podoba się permanentność działań. Fakt, że coś zostanie w mieście, że dzięki tym projektom miasto zaczyna się zmieniać, poszczególne jego fragmenty nabierają nowej jakości. Łódź jako miasto od dawna było związane ze sztuką, takie postaci jak Strzemiński, Kobro czy grupa a.r. to tylko najbardziej jaskrawe przykłady. Moim zdaniem sztuka i kultura to najwłaściwszy kierunek promocyjny dla tego miasta. Tworzenie nowoczesnego muzeum, po którym można podróżować autobusem  i oglądać gigantyczne „płótna” najlepszych muralistów świata, wydaje mi się być idealnym pomysłem dla Łodzi.

Autorzy zdjęć murali:
1. Kenor fot. Kenor
2. Satone fot. Maciej Stempij
3. Etam Cru fot. Maciej Stempij
4. Aryz fot. Maciej Szymański
5. VHILS fot. Marek Szymański

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Chodź na spacer. Jest wtorek (foto)
IMG_1026
Parada na otwarcie AnimArtu (foto)
woonerf2
Powstaną woonerfy na Piramowicza i Traugutta (wizualizacja)

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*