megamocnyDreamworks z impetem wkracza w 2011 rok. W polskich kinach króluje „Megamocny”. Warto dodać, iż to niezwykle zacny i pomysłowy król.

  
Opowieść rozpoczyna się, gdy nasz anty-bohater spada. Opowiada historię swojego, niezbyt uczciwego życia. On, mały, niebieskoskóry geniusz jako jedyny syn swojej planety ląduje na Ziemi. Traf chce, iż z planety obok domu rodzinnego naszego łotra na naszym globie ląduje inny, piękniejszy, mądrzejszy, silniejszy nadczłowiek, znany wkrótce jako Mega Man.

Megamocny staje się jego zaciętym wrogiem, knuje plany jak się go pozbyć i… udaje mu się to. Tak, to nie jest tak, jak w bajce o herosach. Bo „Megamocny” nie jest typową kreskówką.

Z drugiej strony patrząc na producenta, twórców „Shreka” czy „Madagaskaru” można powiedzieć, że ich najnowsza animacja to typowy produkt jej pomysłodawców. Wszystko jest tu poprzekręcane. To opowieść, której głównym bohaterem jest ten „zły”. Nikczemny Megamocny, który dla zachcianek niszczy Metro City. Problem w tym, że w każdym, nawet najpaskudniejszym charakterze tkwi ziarno pragnienia akceptacji, miłości. I właśnie tę miłość nasz arcyłotr spotyka na swojej drodze.

„Megamocny” to animacja dla całej rodziny. Nie jest może tak dowcipna jak „Shrek”, więcej w niej akcji, jednak ogląda się z przyjemnością. W dodatku zrealizowana jest niezwykle zgrabnie. Wizualny majstersztyk. Na plus dodać trzeba także ścieżkę dźwiękową – genialne utwory z lat 80. w wykonaniu Michaela Jacksona, Guns’n’Roses czy ACDC.

Czy warto na „Megamocnego” iść do kina? Warto. W każdym wieku, zabawa gwarantowana. Murowany kandydat do Oscara w kategorii najlepszy film animowany.

 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
terytoriumwroga
Terytorium wroga – recenzja
donjon
Don Jon — recenzja
Pozycja obowiązkowa – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*