Maria Stuarda” to najnowsza produkcja, którą można podziwiać na deskach Teatru Wielkiego w Łodzi. Opera w dwóch aktach powstała w koprodukcji z Teatrem Wielkim im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu i Operą Śląską w Bytomiu.

W dobie romantyzmu niezwykle popularną była historia o tragicznych losach szkockiej władczyni, Marii Stuard. Na jej podstawie Fryderyk Schiller stworzył tragedię „Maria Stuart”, która z kolei stała się podwalinami dla opery Donizettiego. Kompozytor wspólnie z autorem libretta, Giuseppe Bardarim uprościli jednak schillerowską intrygę. W ten sposób narodziła się „Maria Stuarda”, jaką możemy podziwiać w Teatrze Wielkim.

Esencją libretta opery jest konflikt między Marią Stuart, a królową Elżbietą I, jej kuzynką i władczynią Anglii. Choć fabuła nawiązuje do wątków biograficznych władczyń, to część wydarzeń została oczywiście podkoloryzowana przez autorów. Nawet jeśli konfrontacja między kobietami nie miała takiego przebiegu, jak to przedstawili Donizetti i Bardarim, to nie to jest jednak najważniejsze. W operze najistotniejsza jest historia miłości , zniszczonej z powodu rządzy władzy, pychy, nie pozwalającej na wybaczenie oraz zaborczości. Elżbieta i Maria nie musiały walczyć jedynie o serca poddanych, ale też, albo przede wszystkim, o serce mężczyzny – hrabiego Leicestera.

Opowieść niewątpliwie jest przejmująca i niezwykle wzruszająca. Szkoda tylko, że jej przedstawienie na teatralnych deskach nie już tak ciekawe. Scenografia stworzona przez Bruno Schwengla jest doskonałym tłem – nie przyciąga uwagi, ograniczona do minimum, bezbarwna. Również kostiumy potraktowane zostały po macoszemu. Brak jakichkolwiek wyrazistych elementów. Zabawa kolorami – wyraziste czerwienie na tle czerni – nie poprawia ogólnego negatywnego wrażenia. Zabrakło złotego środka – opera to w końcu połączenie teatru z muzyką, więc takie ograbienie „Marii Stuarda” z elementów wizualnych wpłynęło ze złym skutkiem na odbiór całości.

Domyślić się można, że zabieg ten miał na celu sfokusowanie całej uwagi widowni na muzyce. Niestety również na tym polu opera nie ma żadnych wyraźnych punktów. Sceny zbiorowe są odśpiewane poprawnie, partie solowe również, jednak po opuszczeniu kurtyny widz pozostawiony jest z uczuciem niedosytu. Po najlepszych śpiewakach łódzkiej opery spodziewalibyśmy się czegoś więcej, niż tylko poprawności. Brakuje iskierek, magnetyzmu i tej szczególnej magii, bez której opera nie jest warta zapamiętania.

joomplu:27898 joomplu:27899

Obsada:

Elżbieta: Bernadetta Grabias, Agnieszka Makówka, Monika Cichocka
Maria Stuarda: Joanna Woś, Dorota Wójcik
Leicester: Sang-Jun Lee (gościnnie), Tadeusz Szlenkier (gościnnie)
Talbot: Patryk Rymanowski (gościnnie), Grzegorz Szostak, Robert Ulatowski
Cecil: Andrzej Kostrzewski, Przemysław Rezner
Anna: Małgorzata Borowik, Anna Cymmerman

DYRYGENT: Ruben Silva

Realizatorzy:

  • kierownictwo muzyczne – Ruben Silva
  • reżyseria – Dieter Kaegi
  • dekoracje, kostiumy – Bruno Schwengl
  • reżyseria światła –  Bogumił Palewicz
  • współpraca muzyczna –  Michał Kocimski
  • kierownictwo chóru – Waldemar Sutryk
  • asystenci reżysera – Maria Szczucka, Waldemar Stańczuk
  • inspicjent – Zbigniew Pawełczyk
  • sufler – Bożena Rudnik

Zobacz też inne recenzje teatralne.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Siostrunie_2
Siostrunie – recenzja
love
31 FST: Love & Information – recenzja
tuwim_poster
Tuwim dla dorosłych – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*