makbetSzekspirowskie tragedie się nie starzeją. To klasyka z ponadczasowym przesłaniem, która co jakiś czas pojawia się w kinach i teatrach w nowych aranżacjach. Tym razem australijski reżyser Justin Kurzel serwuje nam na dużym ekranie „Makbeta” – opowieść o żądzy władzy, walce o tron, wątpliwej moralności i w końcu szaleństwie.

Historię szekspirowskiego Makbeta, a więc szkockiego generała, który pod wpływem przepowiedni i za namową żądnej władzy Lady Makbet w krwawy sposób obala dotychczasowego króla Szkocji, zna raczej każdy. I w filmowej wersji tej historii nie ma nic, co wykraczałoby poza ramy znane nam z książkowego pierwowzoru. Kurzel bowiem w głównych wątkach wiernie trzyma się historii stworzonej przez Szekspira. Jeśli więc spodziewaliście się całkowicie uwspółcześnionej adaptacji tej tragedii to możecie się rozczarować. Twórcy filmowego „Makbeta” postawili nawet na niedzisiejszy język dialogów, dosłownie wyjęty spod pióra Szekspira, który, co tu dużo mówić, czyni ten film ciężkim w odbiorze. Dołączając do tego trudnego języka jeszcze przedłużanie niektórych scen i momentami można zarzucić tej produkcji, że jest zwyczajnie nużąca.

Jednakże są też w obrazie Kurzela elementy, wobec których trudno przejść obojętnym jak świetnie zrealizowane zdjęcia i muzyka, które przykuwają naszą uwagę. Film rozgrywa się w szarych, ponurych krajobrazach Anglii i Szkocji, co już samo w sobie narzuca całości posępną atmosferę. Dodajmy do tego stworzone w slow motion kadry bitew (trzeba przyznać brutalne i krwawe, ale widowiskowe) i mamy bardzo specyficzny klimat. Klimat, który potęgowany jest jeszcze przez niepokojącą, ale idealnie wpisującą się w przyjętą konwencję, oprawą dźwiękową. I te realizatorskie elementy uzupełnione wspomnianymi archaicznymi dialogami niemalże recytowanymi przez aktorów sprawiają, że „Makbet” ociera się trochę o formę teatralną.

Co zaś do samych aktorów to w rolach głównych dramatu mamy Michaela Fassbendera jako Makbeta i Marion Cotillard jako Lady Makbet. Ich grze aktorskiej nie można wiele zarzucić, jeśli patrzymy na każde z nich osobno, bo i jedno, i drugie dobrze oddaje na ekranie stany emocjonalne jakimi dręczone były grane przez nich postacie. Natomiast jako duet już tak nie przekonują, brakuje trochę chemii między tymi bohaterami, zwłaszcza ze strony Lady Makbet, która w szekspirowskiej wersji była przecież bardzo wyraźną postacią. Na plus wypadają również bohaterzy drugoplanowi jak chociażby Sean Harris jako Makduff.

Podsumowując, najnowszy „Makbet” to kino specyficzne i raczej nie każdemu przypadnie do gustu (Ci którzy spodziewali się innowacji i totalnej nowoczesności w szekspirowskim dziele mogą sobie odpuścić seans). Na pewno natomiast produkcja Justina Kurzela zasługuje na docenienie za całą stronę wizualną i zbudowany na ekranie klimat.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
selma
Selma – recenzja
cojestgrane
Co jest grane, Davis? – recenzja
musimyporozmawiac
Musimy porozmawiać o Kevinie – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*