L.Stadt_8211_EL.PPo dwóch latach od wydania debiutu, zespół l.stadt powraca z nową płytą. Na początku grudnia, na sklepowych półkach zagościł drugi krążek łódzkiej formacji, zatytułowany „EL.P”.

   

9 utworów, łącznie niecałe 30 minut muzyki. Jedni z oburzeniem powiedzą: „To za mało”, inni zaś będą się upierać, że „Niedosyt jest lepszy niż przesyt”. Nie od dziś wiadomo, że liczy się nie ilość, a jakość i w tym przypadku „EL.P” zdecydowanie wygrywa.

„EL.P” jest kontynuacją klasycznej, rockowej tradycji, jaką l.stadt zapoczątkował na swoim debiucie. W przypadku większości utworów jest więc klimatycznie i kameralnie. Nadal mamy swoisty dla tego zespołu minimalizm instrumentalny. Szczególnie da się go odczuć w utworze Smooth, gdzie w początkowej partii usłyszymy niespokojne loopy, które później nieco przycichną i będą się przewijały w tle, przez cały czas trwania piosenki. Podobny zabieg zastosowano w Charmin/Lola. Z tą jednak różnicą, że drugi utwór jest zdecydowanie bardziej energiczny. Obie piosenki są od początku do końca konsekwentnie utrzymane w tempie ‘na dwa’. Mimo skromnych środków muzycznych, jakie wykorzystano do stworzenia tych kompozycji, mają one niesamowity klimat.

Od uporządkowanego image’u zespołu mamy jednak kilka odstępstw. Na płycie usłyszymy bowiem wycieczkę w rejony latynoskie (Fashion Freak), z hiszpańskimi wstawkami wokalu i ewidentnie tanecznym przytupem. Mamy również szalone Mumms Attack, w którym w ciągu dwóch minut udało się zawrzeć zadziwiająco dużo smaczków: nerwowe pianino, dziecięce chórki, dźwięk przelatującego samolotu i lekko przybrudzony wokal rodem z płyt The Raveonettes czy The Kills. Na płycie nie zabrakło też piosenki Death of a surfer girl, wydanej już jakiś czas temu na singlu. Piosenka doczekała się ponownego masteringu, co z całą pewnością nie wyszło jej na dobre. Jest zdecydowanie przekombinowana, szczególnie w refrenie. W oryginale brzmiał on bardziej subtelnie i nastrojowo, zaś na płycie jest niezdrową mieszaniną przesterowanych dźwięków, która bardzo szybko męczy ucho.

Jednak, żeby nie przesadzić z nadmiarem dziwactw muzycznych i klawiszowych szaleństw, na płycie pojawiły się też ballady. Mamy więc przepiękne, zagrane jedynie przy akompaniamencie gitary akustycznej Sun, które dopiero w końcowej partii okraszone jest nietuzinkowymi chórkami, nieco przypominającymi chóry kościelne i delikatnymi klawiszami. Jest też mrocznie rozpoczynające się Puppet’s Song No.1 z niezwykle kojącym i delikatnym refrenem.

Na „EL.P.” fundamentalną rolę spełnia wokalista – Łukasz Lach, który nie boi się eksperymentować ze swoim głosem. Bez trudu udaje mu się wystylizować na romantycznego amanta (Puppet’s Song No.1), zaśpiewać w płaczliwej, pełnej dziecięcego żalu konwencji (Mumms Attack), czy melorecytować na zmianę z uroczym pojękiwaniem á la wokalista boysbandu (Smooth).

Płyta, choć krótka jest niezwykle udana. Z całą pewnością, dzięki temu wydawnictwu zespołowi poszerzy się grono słuchaczy. Śmiało więc można ustawić l.stadt w szeregu obok  takich sław muzyki gitarowej, jak Coldplay, Franz Ferdinand, czy Editors i mieć pretensje, że już dawno zrobiliby karierę w Europie, gdyby oczywiście nie pochodzili z Polski, a np. z Anglii…

  
Zobacz także:

 

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
011fism
LDZ Alternatywa: Fismoll (foto)
IMG_4467
Timingeriu i Ruach na Piotrkowskiej (foto)
DSC_0242_Alegorya
Fonografika Young Stage #6 w DOMu (foto)

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*