lostriverNie tak dawno temu Russell Crowe wypuścił swój reżyserski debiut w postaci filmu „Źródło nadziei”. Do coraz większego grona aktorów – reżyserów dołącza Ryan Gosling. Trudno się dziwić. Ryan wbił się w świat filmu niezwykle charyzmatyczną rolą młodego skinheada w „Fanatyku”, który z początku wstydzi się swoich żydowskich korzeni, z czasem jednak zaczyna szanować swoje pochodzenie i religię. Potem było już tylko lepiej. W 2006 roku do kin trafił „Szkolny chwyt”, który przyniósł mu pierwszą i jak na razie jedyną nominację do Oscara w kategorii 'najlepszy aktor w roli głównej’. Jednak dopiero w 2011 roku cały świat usłyszał o nim, a to wszystko dzięki filmowi „Drive” w reżyserii Nicolasa Windinga Refna.

Debiut reżyserski Goslinga „Lost River” przenosi nas do jednego z najbardziej patologicznych miast położonych na bliżej nieokreślonym terenie. Główni bohaterowie – Billy  i jej syn Bones, muszą przetrwać w tym piekle, którym rządzi bezwzględny Bully. Jeden sprzeciw, a przy pomocy nożyczek pozbawi swojego antagonistę warg. Jakby tego było mało, Billy boryka się z utratą pracy i spłatami rat za dom. W dodatku ma na utrzymaniu dwójkę dzieci. W celu poprawy swojej sytuacji życiowej podejmuje pracę w tajemniczym klubie nocnym.

Jednym z elementów świadczących o tym, że to autorski film Goslinga, jest dobór obsady. Reżyser nie szukał daleko. Z Christiną Hendricks spotkał się na planie „Drive”, a Ben Mendelsohn i Eva Mendes partnerowali mu w „Drugim obliczu”. Perełką spośród aktorów jest Barbara Steele – gwiazda gotyckich horrorów włoskiej produkcji.

W „Lost River” ujmują przede wszystkim zdjęcia, scenografia i muzyka. O każdym z tych trzech elementów można byłoby napisać oddzielny, kilkustronicowy esej. Film Goslinga jest przede wszystkim grą obrazów. Jeśli oceniać tę produkcję pod kątem barw i dźwięków, dostajemy kino wysokiej klasy. Natomiast, jeśli oczekujemy treści i przekazu, rozczarujemy się po upływie pierwszego kwadransa.

Czołówka, a raczej napisy sygnalizujące nazwiska twórców stylizowane są na horrory z wczesnych lat ’50, a może nawet amerykańskie kino noir lat ’40. Poszczególne ujęcia to po prostu inspiracje wieloma reżyserami reprezentującymi unikalny styl i warsztat. Całość wygląda jak nowo otwarta speluna, której właścicielem jest Tim Burton. Na głównej scenie siłują się na rękę David Lynch i Dario Argento. Gdzieś na końcu baru Danny Boyle trzyma miejsce dla zmarłego Roberta Altmana, który wyszedł do toalety i już długo nie wraca, a tylnym wejściem wchodzi właśnie Nicolas Winding Refn.

„Lost River” to całkiem imponujące połączenie stylów wyżej wymienionych reżyserów. Jednak dodając ich nazwiska ostateczny wynik nie da nam Ryana Goslinga. Film jest ładną laurką dla idoli debiutującego reżysera. Pomimo tego, warto zobaczyć „Lost River”. Nie jest to najlepszy debiut reżyserski na świecie, ale z pewnością najciekawszy, jaki ukazał się na przestrzeni ostatniej dekady.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
witajciewklubie
Witaj w klubie – recenzja
Fuga – recenzja
partygirl
Party Girl – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*