W czwartek, 13 grudnia o godz. 19 w Domu Literatury w Łodzi rozpocznie się spotkanie z M. Magdaleną Starzycką i promocja jej najnowszej książki pt. „Na niby i naprawdę”. Prowadzenie: Rafał Gawin. Wstęp wolny.

M. Magdalena Starzycka, ur. 1939. Pisarka, tłumaczka oraz lektorka języka polskiego i wiedzy o kulturze polskiej. Absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego, związana z tą uczelnią od 1979. Pracowała również na Universitade de Lisboa (1985–89). Wydała trzy książki prozatorskie: Manufakturę czasu (Biblioteka „Tygla Kultury”, Łódź 2009 i wyd. II uzupełnione – Księży Młyn, Łódź 2016), Spijając filiżankami słońce (MG, Warszawa 2010) i Słowo pirata (MG, Warszawa 2011). Z języka portugalskiego przełożyła powieść Szczęśliwa miłość Davida Morrão-Ferreiry (AnaGraf, Łódź 1999). Teksty literackie, publicystyczne i przekłady publikowała przede wszystkim w „Tyglu Kultury” i „Kronice miasta Łodzi”. Otrzymała nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2014) oraz odznakę „Zasłużony dla Miasta Łodzi” (2017).

Z posłowia Wojciecha Źródlaka:
Po ponad siedemdziesięciu latach od zakończenia II wojny światowej otrzymaliśmy nowy opis tamtych tragicznych dni w Łodzi. To paradzienniczek kilkuletniej dziewczynki, który w sposób wiarygodny ukazuje życie podczas okupacji i zaraz po niej. Dziecięca perspektywa, silnie wspierana przez wyobraźnię głównej bohaterki oraz przekonująco pokazany tok myślenia i poznawania świata, również słów, nadają tej publikacji realizmu i oryginalności. I to nie tylko jeśli chodzi o sposób prowadzenia narracji – mamy być może do czynienia z pierwszym literackim obrazem tych czasów w Łodzi.

Z prozy „Radogoszcz”:
– Daj spokój, już jesteś duża.
No, jestem duża, wiem… Idziemy, ani tata, ani mama nic nie mówią, dziwne. Idziemy długo obok muru, nie wiem, co tam jest, pytam. Tata odpowiada, że to jest park, ten sam, co dochodzi do naszego ogrodu. Aha! Jedzie OZORKÓW czy ZGIERZ, jedzie szybko i nie zdążyłam przeczytać… ale wiem, że taki dłuuugi to podmiejski, a tu nie ma TUSZYNA ani PABIANIC, tylko OZORKÓW albo ZGIERZ. Dochodzimy do takiego muru jak przy parku, wchodzimy przez otwartą szeroko bramę, trochę rozwaloną, na podwórze. W środku nie ma parku… Na dużym podwórzu tu i tam leżą jakby ludzie. Co to jest? Są czarni jak węgiel, leżą w śniegu, obok nich trochę kobiet, chodzą między nimi i płaczą, wzywają Boga, modlą się i krzyczą. Jakieś inne klęczą w śniegu. Nic nie rozumiem, ale to wszystko jest straszne. Coś ściska mnie za gardło, zatyka, trudno oddychać. A one wygrażają pięściami do nieba. Też mam ochotę krzyczeć i płakać, ale jestem jak wtedy w tramwaju, gdy była łapanka. Jestem zdrętwiała. Spalonych jest dużo, bardzo dużo, leżą wysoko, jedni na drugich w zawalonym budynku. A jeden na podwórzu, osobno, obok nas, ma pęknięty palec i w środku takie mięso, jak ugotowane… Dygoczę. Nie chcę, nie chcę tu być, jest mi niedobrze, chyba zwymiotuję… mdło mi. Stoimy w milczeniu, potem tata prowadzi nas do budynku obok. Tam jest bardzo długi korytarz z drewnianych belek i jakby piętrowych stołów. Nie wiem, co to jest.

Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wannazkolumnada
Spotkanie z Filipem Springerem
ksiazki
Łódź literacka – marzec 2010
literackiepodworko
Literackie Podwórko w Niebostanie

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*