„Licorice Pizza” – dziesiąty film Paula Thomasa Andersona – przenosi nas do słonecznego San Fernando Valley. Jest rok 1973. David Bowie gra pożegnalny koncert w Hammersmith Odeon, wieńczący trasę „Ziggy Stardust and the Spiders from Mars”. Do kin trafia ósma odsłona przygód Jamesa Bonda „Żyj i pozwól umrzeć”, gdzie w rolę tajnego agenta Jej Królewskiej Mości, po raz pierwszy, wciela się dowcipny i zdystansowany Roger Moore. Clint Eastwood realizuje swój reżyserski sophomore, czyli „Breezy” z Williamem Holdenem w roli głównej. Oskara dla najlepszego filmu otrzymuje, zrealizowana z epickim rozmachem, gangsterska opowieść „Ojciec chrzestny” Francisa Forda Coppoli, a nominowany do tej nagrody Marlon Brando, w ramach gestu solidarności z rdzennymi mieszkańcami, nie odbiera statuetki. Mija rok od głośnej, okrytej skandalem, wycieczki Jane Fondy do Hanoi, gdzie gwiazda pozwoliła sfotografować się na tle działa, z którego wietnamscy żołnierze strzelali do jej rodaków. Państwa arabskie wywołały kryzys naftowy, co w konsekwencji przyczyniło się do zamknięcia autostrad i ograniczenia wysokości temperatury w budynkach publicznych. W tej popkulturowo-obyczajowej machinie splatają się losy piętnastoletniego Gary’ego i o dziesięć lat starszej od niego Alany.

Gary Valentine jest aktorem, którego dziecięcy blask powoli przemija. Nastolatek szuka różnych sposobów na aktywne spędzanie czasu – raz sprzedaje łóżka wodne, by po chwili „przebranżowić się” i otworzyć salon z flipperami. Alana Kane jest znudzona codzienną rutyną, a jej napięte relacje z najbliższą rodziną nie wróżą dobrze na przyszłość. Kiedy poznaje przedsiębiorczego Gary’ego, życie dziewczyny niespodziewanie przyspiesza i doprowadza do wielu zabawnych sytuacji.

„Licorice Pizza” to kolejny nieprzewidywalny obraz Paula Thomasa Andersona. Słychać tutaj co prawda echa „Boogie Nights” i „Wady ukrytej”, jednak w ogólnym rozrachunku jego najnowsze dzieło, poza perfekcyjnym oddaniem ducha epoki, ma niewiele wspólnego z wyżej wymienionymi produkcjami. Pewna reżyserska maniera, cechująca wcześniejsze filmy, ustępuje miejsca melancholii, przez co postaci Gary’ego i Alany wydają się bardziej ludzkie, a możliwość identyfikowania się z nimi jest zdecydowanie większa, niż w przypadku innych „andersonowskich” bohaterów.

O wyjątkowości najnowszego obrazu Paula Thomasa Andersona świadczy także jego tempo. Akcja zwalnia w momentach, w których najmniej się tego spodziewamy. Poboczni bohaterowie, z fenomenalnym Bradley’em Cooperem na czele, pomimo epizodycznej obecności na ekranie, wnoszą piękny kontrolowany chaos, a ich stosunki z Garym i Alaną przedstawione są w sposób niestandardowy, co w konsekwencji daje przekomiczny efekt.

Nie bez znaczenia jest także tło historyczne. Tytułowe „Licorice Pizza”, czyli sieć sklepów z płytami winylowymi prosperująca w latach 70. XX wieku, działa na zasadzie zagadki, której rozwiązanie zna tylko sam reżyser. Choć ścieżka dźwiękowa oferuje nam szlagiery z tamtego okresu i stanowi piękny popkulturowy wizerunek epoki, butiki winylowe nie pojawiają się w filmie.

Największym atutem „Licorice Pizza” są odtwórcy głównych ról, debiutanci – Cooper Hoffman i Alana Haim. Już w scenie otwierającej film, dzięki operatywnej wymianie zdań, mamy świetnie nakreślone charaktery, a cała sekwencja utrzymuje poziom początkowej konwersacji między Markiem Zuckerbergiem a Ericą Albright z „Social Network” Davida Finchera. W Hollywood największy problem stanowi właśnie umiejętność pisania dobrych dialogów. Poza wcześniej przywołanym klasykiem twórcy „Siedem” i kilkoma produkcjami Quentina Tarantino, tylko pióro Paula Thomasa Andersona pozostaje niestępione i dostarcza naprawdę nastrojowych, niepozbawionych puent linijek.

Po psychodelicznie wysublimowanej „Nici widmo”, z wybitną rolą Daniela Day-Lewisa, Paul Thomas Anderson powraca z filmem intymnym, pozbawionym emocjonalnego ciężaru, jaki cechował jego wcześniejsze obrazy. Reżyser postawił na prostotę i szczerość, a cały nostalgiczny przekaz przerzucił na barki Coopera Hoffmana i Alany Haim. Z tak wyjątkowymi debiutantami można udźwignąć na tyle dużo, że sam Daniel Plainview z „Aż poleje się krew” byłby pod wrażeniem.

 autor recenzji Cooler King, korekta Clem Krugo    

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
niemategozlego
Nie ma tego złego – recenzja
mysliwy
Myśliwy – recenzja
ripd
R.I.P.D. Agenci z zaświatów – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*