lewiatanMałe nadmorskie miasteczko – prywatny folwark mera Wadima i jego kliki, w tym miejscowego księdza. Układy, korupcja i bezprawie lokalnych struktur, które każde swoje działanie usprawiedliwiają tym, że władza pochodzi od Boga. Do tego szara codzienność mieszkańców podlewana alkoholem. W takich realiach toczy się historia najnowszego dramatu Andrieja Zwiagincewa „Lewiatan”.

Początkiem opowiedzianej w filmie historii i jej główną osią jest przegrana przez głównego bohatera – Kolę – sprawa sądowa, w wyniku której mer miasteczka zamierza wyrzucić Kolę, jego syna Romę i drugą żoną Lilę z domu celem wybudowania w tym miejscu własnych włości. Dla Koli zaś dom ten to nie tylko budynek, to cały jego majątek, miejsce, w którym jego rodzina żyje od pokoleń. Bohater nie zgadza się więc z wyrokiem sądowym, podejmując na oczach widza walkę o to, co jest jego własnością, ale także, a może przede wszystkim, walkę z lokalną władzą, z patologicznym systemem, a nawet szerzej, z całą współczesną Rosją. Jednakże u Zwiagincewa ta, wydaje się, z góry przegrana walka to tylko  jeden wymiar fabuły, która ma ich kilka. W miarę rozwijania się historii reżyser zręcznie przedstawia  bowiem widzowi kolejne wątki – kolejne osobiste dramaty głównego bohatera, płynnie łączące się i składające się w jedną, właściwie hiobową historię.

„Lewiatan” to kino mocne i gorzkie, gdzie wielowymiarowe są również same postaci. Stworzony przez  Aleksey-a Serebryakov-a Kola to zwykły obywatel, wiodący proste życie, kochający syna i żonę, jednakże o porywczym, silnym charakterze, którego nieodłącznym atrybutem, zresztą nie tylko jego, staje się butelka wódki.

Bo alkohol w filmie leje się strumieniami, a Kola, jego znajomi oraz lokalne władze z merem Wadim na czele piją go na szklanki i butelki. Być może z pomocą wódki bohaterowie próbują zmierzyć się z otaczającą ich rzeczywistością. Kola tłumi nią bezsilność wobec struktur władzy, złość i rozgoryczenie tym, co go spotyka, mer Wadim dodaje sobie sztucznego animuszu. Mamy też w tym wszystkim żonę Koli, Lilę, postać znajdującą się gdzieś przy boku męża, zazwyczaj milczącą, która także, wraz z najlepszym przyjacielem Koli, jego adwokatem, a jednocześnie jej kochankiem – Dmitrim,  dorzuca swoją cegiełkę do dramatu męża.

Nie sposób pominąć w „Lewiatanie” kontekstu politycznego i płaszczyzny odnoszącej się do religii. Reżyser nadał filmowi antyrosyjski wydźwięk, który odbił się już echem wśród opinii publicznej. Na ekranie główny bohater wraz z kolegami urządza sobie strzelanie do portretów byłych włodarzy ZSRR i Rosji, a w gabinecie mera Wadima wisi portret Putina. Nie dziwi więc, że ukazany w „Lewiatanie” obraz skorumpowania władzy i układów przenoszony jest przez widza na obraz całego rosyjskiego państwa. Sporo też w obrazie Zwiagincewa religii i biblijnych odwołań. Już sam tytuł odsyła widza do biblijnego, morskiego potwora – lewiatana właśnie, którym w kontekście całej fabuły wydaje się być władza, a właściwie panujący w miasteczku (a pewnie i państwie) system zarządzania konsekwentnie niszczący życie głównego bohatera i jego rodziny. Mer, niczym rasowy gangster, trzyma przecież w garści policję i sąd, a wszystkich swoich występków dopuszcza się przy aprobacie miejscowego księdza. Zdaje się, że obłuda i fałszywa moralność tego ostatniego, podobnie jak i reszty włodarzy, nie ma granic, szczególnie gdy w jednej z ostatnich scen wygłasza on kazanie w cerkwi, która stanęła na miejscu dawnego domu głównego bohatera. Szyderstwo z Koli i jemu podobnych jest tu aż nadto wymowne.

Wreszcie „Lewiatan” to też kino z klimatem, gdzie scenerie takie jak wzburzone morze, wraki statków wyrzuconych na brzeg, pustkowia czy rozległe tereny skalne znakomicie uzupełniają fabułę pozwalając widzowi na zwolnienie myśli. Bo trzeba przyznać, że najnowszy obraz Zwiagincewa to kino z wysokiej półki, takie, które zmusza widza do refleksji, a po skończonym seansie pozostawia z gonitwą myśli.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
trzybillboardy22
Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri – recenzja
ksiazepersji
Książę Persji: Piaski Czasu – recenzja
trzyminuty
Trzy minuty. 21:37 – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*