kochankowiezksiezycaKiedy myślę Wes Anderson, w mojej głowie pojawiają się takie tytuły jak: Fantastyczny Pan Lis, Genialny klan, czy Pociąg do Darjeeling. Po kolejnym seansie z pewnością dopiszę do nich jeszcze film Kochankowie z księżyca – najnowsze dzieło Andersona, które swoją światową premierę miało w maju tego roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes (otworzyło festiwal), w którym brało udział w Konkursie Głównym, a jak już dziś wiadomo Złotej Palmy nie otrzymało, gdyż ta nagroda przypadła Miłości Michaela Hanekego – czy słusznie? Zapraszam do kin!

Kochankowie z księżyca, to najkrócej pisząc, opowieść o miłości. Akcja filmu dzieje się w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Para zakochanych nastolatków, czyli Sam Shakusky i Suzy Bishop wbrew rodzicom i opiekunom postanawiają uciec. W pogoń za nimi ruszają rodzice dziewczynki i niejaki kapitan Sharp. Czy ktokolwiek jest w stanie powstrzymać czy też pokonać to najsilniejsze z uczuć? Przekonajcie się sami.

Kiedy myślę Wes Andreson, to pojawiają się w mojej głowie gwiazdy. I nie chodzi mi o ciała niebieskie, które możemy oglądać w nocy na niebie, a o Hollywoodzkich aktorów, z którymi reżyser zwykł pracować. W jego poprzednich filmach mogliśmy podziwiać m.in. Adriena Brody, Owena Wilsona, Jeffa Goldbluma, Natalie Portman czy Billa Murraya. Ten ostatni zresztą ponownie pojawia się u Andersona w omawianym przeze mnie filmie. Obok niego występuje znakomita śmietanka aktorska, wystarczy wymienić chociażby nazwiska takie jak: Bruce Willis, Tilda Swinton, Frances McDormand i Edward Norton. Widać, że Wes lubi pracować z najlepszymi, myślę, że ta zasada działa także w drugą stronę. Co zaś do samego aktorstwa w jego najnowszym dziele, to mi w pamięć najbardziej zapadły mi dwie role. Pierwszą z nich odgrywał ostatni z mojego powyższego gwiazdorskiego wyliczenia. Fenomenalna rola Harcmistrza Warda – przyznam, że z tej strony nie znałem jeszcze tego utalentowanego artysty. Druga rola (właściwie epizod) należy do przedstawicielki płci pięknej: Pani Swinton. Wciela się ona w… Opiekę Społeczną (tak to poprawna forma) i jest ona tyleż przerażająca co zabawna. Wybuchowa mieszanka umiejętności, nie możliwa do podrobienia. Nie można zapominać także o odtwórcach zakochanej pary, czyli Jareda Gilema i Kary Hayward. Bardzo udane role, im także należą się brawa nie tylko za grę, ale i za odwagę ponieważ dla obojga był to filmowy debiut.

Kiedy myślę Wes Anderson (już ostatni raz), w mojej głowie pojawiają się: ironia, absurd, specyficzny humor i oryginalność. Wszystkie te elementy także pojawiają się w  najnowszym dziele tego jednego z najbardziej nietuzinkowych twórców filmowych. Jego produkcje niejednokrotnie pozytywnie zaskakują. Miłość, uczucie bodaj najczęściej pojawiające się w filmach w ogóle. Cóż nowego można o niej powiedzieć, i to w taki sposób, ażeby widowni szczęki poopadały? Anderson wie. W Kochankach z księżyca strzały Amora trafiły w serca nastolatków, którzy na przekór całemu światu chcą być razem. Podczas swojej wędrówki przeżywają różne rozterki, pojawiają się jakby dorosłe problemy. Ba! Oglądając film ma się wrażenie, że to nie do końca są dzieci, bo czy dzieci odważyły by się na taki krok? Czy nastolatkowie mogą przezywać swoje problemy w taki nazwijmy to dorosły sposób? Wreszcie, wydaje się, że dzieciaki są bardziej dorosłe od swoich opiekunów. Do całej tej otoczki dochodzą jeszcze ironia, specyficzne poczucie humoru, oryginalna kompozycja i charakterystyczne ujęcia (dom Suzy wygląda niczym dom dla lalek), które są znakiem rozpoznawczym twórczości reżysera. Na plus należy zapisać, także muzykę autorstwa Alexandre Desplata – jest ona bardzo przyjemna dla naszego słuchu, niekiedy jest ona rozkładana nawet na czynniki pierwsze!
 
Reasumując, kolejne bardzo udane dzieło Wesa, które powinno w tym roku powalczyć o Oscary. Z jednej strony nostalgiczna opowieść o dziecięcym uczuciu, z drugiej świetnie skomponowane i w pełni przemyślanie dzieło z wyraźnym przekazem. Jeśli szukacie akcji i wyjątkowego tempa, to Kochankowie z księżyca omijajcie szerokim łukiem. Jeśli zaś interesuje was nietuzinkowe, kino, podczas oglądania którego znów będziecie mogli poczuc się jak dzieciaki, to kupujcie bilet do kina i idźcie na nowe dzieło Andersona. Polecam.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
idymarcowe
Idy marcowe – recenzja
moneyball
Moneyball – recenzja
joyfilm
Joy – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*