kochaniechybaciezabilemW jakiej kondycji jest polskie kino rozrywkowe? Na to pytanie odpowiedzcie sobie po seansie debiutu Kuby Nieścierowa. „Kochanie, chyba Cię zabiłem” – kryminalna komedia, mająca być „najśmieszniejszym dochodzeniem roku”. Jak jest w rzeczywistości? Tutaj właśnie zaczynają się schody…

Punktem wyjściowym opowieści jest zdrada małżeńska, która kończy się… zamordowaniem kochanków. Przestępstwa dopuszcza się sfrustrowany mąż Jak Pokojski (Zbigniew Zamachowski), który pełni także funkcję narratora całej historii. Zapewnia on widzów, że nigdy nie chciał być bandytą, tak po prostu wyszło. Poznajemy zatem moment, od którego wszystko się zaczęło. Dostajemy również sygnał od twórców, że w tę układankę wplecieni zostaną dwaj policjanci. Wierzbowski (Ireneusz Czop), który właśnie zlikwidował… kolejnego partnera, oraz Graś (Arkadiusz Jakubik), który zupełnie nie pasuje do policji – jest płochy, przesądny i ma całą masę najdziwniejszych fobii. Jak nie trudno się domyślić, to właśnie ta dwójka będzie podążać za Pokojskim. Żeby nie było zbyt nudno (taki przynajmniej był zamiar twórców) w całą sytuację wmieszana zostaje również pewna para zakochanych młodych ludzi. W ręce Kacpra (Marcin Korcz) wpada film, na którym widać jak Pokojski dopuszcza się podwójnego zabójstwa. Nagranie ogląda także jego dziewczyna, Wiki (Anna Karczmarczyk). Pech chce, że dowiaduje się o tym również główny aktor morderczego materiału, nie chce on kłopotów, więc postanawia… porwać tę dwójkę.

Poplątanie z pomieszaniem chciałoby się powiedzieć, nic bardziej mylnego film Nieścierowa jest prostolinijny i przewidywalny do bólu. Sam reżyser zapewniał, że wzorował się m.in. na „Fargo” braci Coen. Rzeczywiście, kilka ujęć może przypominać owo dzieło, niemniej (co nie powinno zaskakiwać) oba tytuły dzielą lata świetlne. Ethan i Joel to mistrzowie groteski, ironii. Potrafią bawić przerażając i odwrotnie. Próba połączenia kina kryminalnego z komediowym, w polskim wydaniu wyszła kiepsko. Na domiar złego w scenariuszu pojawia się wiele wątków, niektóre z nich są zupełnie niezrozumiałe. Reżyser ewidentnie chciał otrzymać klimat amerykańskich klasyków z lat 70-tych, ale chcieć nie zawsze oznacza móc. Warsztat twórczy tego artysty jest ubogi, a pustego to i sam Salomon nie naleje. Starał się on  też, aby widownia mogła w trakcie seansu się nieco pośmiać, wszak to kino rozrywkowe. Na próbach się niestety skończyło. Większość dowcipów była tak czerstwa, że żeby je jakoś strawić trzeba było mieć przy sobie porą ilość jakiegoś napoju. Gagi próbowano okrasić wulgaryzmami, a jak wiadomo te w szczególności bawią współczesną widownię, niestety i tutaj nie było szans na sukces. Szczerze powiedziawszy jest to kolejna komedia, która zupełnie nie śmieszy i już w przyszłym roku powinna powalczyć o polskie Złote Maliny, czyli Węże. 

Szukając pozytywów na pewno nie znajdzie się ich również w filmowych bohaterach Nieścierwowa. Byli oni uszyci z bardzo grubych nici – zero polotu, fantazji jakiegoś wyłamania się poza sztampę. Co gorsza, aktorzy także nie potrafili szczególnie zainteresować swoimi kreacjami. Ireneusz Czop jako policjant Wierzbowski próbował być polskim Callahanem (szerokiej publiczności znanym jako „Brudny Harry” w niezapomnianej kreacji Clinta Eastwooda). Wierzbowski pasjami ogląda dvd z twardym gliniarzem w roli głównej, ewidentnie próbuje naśladować swojego idola. Ba! Jeździ nawet amerykańskim Buickiem, którego próżno szukać na polskich drogach. Twardy gliniarz z zasadami, którego największym przyjacielem jest jego pistolet Magnum? Na pewno nie Wierzbowski. Sam strój i filmowe upodobania nie gwarantują sukcesu. Jego postać byłaby nawet do zaakceptowania gdyby nie te ciągle powtarzające się gesty czy jedna i ta sama maska przyklejona do facjaty. Inaczej ma się sprawa z jego filmowym partnerem. Łysy Arek Jakubik także nie zachwyca, niemniej w kilku scenach (z jego fobiami) kradnie film dla siebie. Jeśli ktoś podobnie jak ja jest pasjonatem polskiego kina, niech wybierze ten seans ze względu właśnie na tego aktora, pozostali mogą sobie odpuścić seans. Aktorskie doświadczenie mocno zawiodło, a zdobywająca doświadczenie młoda krew bardzo irytowała. Reprezentanci tej części obsady, czyli Marcin Korcz i (do niedawna świetnie zapowiadająca się) Anna Karczmarczyk na ekranie są tak nienaturalni, że trudno uwierzyć im w cokolwiek. Ani im nie współczujemy, ani nie kibicujemy. Są nam tak samo obojętni jak zeszłoroczny śnieg w drugim końcu Polski. Niestety, film Nieścierowa aktorstwem nie stoi….

Już niejednokrotnie przekonałem się, o tym, że jeśli film jest reklamowany jako naj… to znaczy, że nie broni się on fabularnie i dystrybutorzy próbują szukać haseł napędzających widownie do sal kinowych.  Tak również stało się w przypadku tytułu „Kochanie, chyba Cię zabiłem”. Miało być dobrze, a wyszło słabo i nużąco. Cóż, w myśl słów pani minister, sorry, taki mamy klimat. Można przełożyć ten slogan na grunt filmowy i powiedzieć sorry, takie mamy kino. Kiepski debiut, co zaskakujące dofinansowany przez PISF. Można po seansie zadać sobie pytanie, jakim kluczem posługuje się Państwowy Instytut Sztuki Filmowej?

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
suckerpunch
Sucker Punch – recenzja
szczescietymoje
Szczęście ty moje – recenzja
miedzyswiatami
Między światami – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*