jesabelleNa obrazy z pogranicza horroru i thrilleru chodzimy po to, by przyspieszyć odrobinę puls, poczuć dreszczyk emocji, a potem z ulgą przypomnieć sobie, że przecież to tylko film. Zazwyczaj zaś boimy się nie hektolitrów krwi i mięsa, a tego co nieznane i nie do końca wyjaśnione. Właśnie z tym ostatnim spotykamy się w najnowszej produkcji gatunku – „Klątwie Jessabelle” w reżyserii Kevina Greuterta.

Tytułowa Jessabelle, Jessie, to młoda dziewczyna, która po traumatycznych przeżyciach (stracie chłopaka i dziecka), chwilowo jeżdżąca na wózku inwalidzkim, wraca do rodzinnego domu pod opiekę dawno niewidzianego ojca. Matka dziewczyny nie żyje, a główna bohaterka zamieszkując w jej dawnym pokoju zaczyna odkrywać związaną z nią mroczną tajemnicę. W domu w trakcie obecności Jessie zaczynają dziać się dziwne rzeczy począwszy od czyjejś bytności w nim, poprzez hałasy o niewyjaśnionym źródle, koszmary na jawie, taśmy wideo zmarłej matki ze złowrogimi przepowiedniami (oglądane, rzecz jasna, przez Jessabelle w samotności i nocą), aż po obrzędy voodoo w tle. Reżyser serwuje więc nam całkiem niezły, jak na jedną opowieść, misz-masz patentów na budowanie aury tajemniczości i strachu. Niestety nie jest to atutem filmu. O ile wydaje się, że ogólny zarys fabuły i nagromadzenie takich zdarzeń ma sens, o tyle przy chwili zastanowienia i przyjrzeniu się historii, staje się ona coraz mniej spójna, żeby nie powiedzieć naciągana. Brak w niej bowiem konsekwencji i może odrobiny życiowej racjonalności.

Nie jest to jedyny minus najnowszej produkcji Greuterta, znanego z „Piły”. Kolejną cegiełkę do oceny w dół dokłada mocno przeciętna gra aktorska. Żaden z bohaterów filmu nie przyciąga naszej uwagi, żaden niczym się nie wyróżnia. Nawet tytułowa Jessabelle (w tej roli Sarah Snook), która powinna absorbować uwagę widza, wydaje się w swej kreacji zbyt sztywna. Co również wadzi, choć jest bolączką wielu horrorów, a nie tylko „Klątwy Jessabelle”, to to, że reakcje postaci na rozgrywające się wydarzenia są nierozsądne, momentami wręcz aż nadto odrealnione.

Nie będąc jednak tak jednostronnym przyznać należy, że obraz ten, jak na horror przystało, posiada momenty, w czasie których można poczuć na ciele gęsią skórkę. Dzięki umiejętnie stworzonemu napięciu poprzez muzykę i efekty dźwiękowe w ogóle, widz jest zaskakiwany i dostaje od czasu do czasu pewien zastrzyk adrenaliny. Nie sposób bowiem powstrzymać odruchu zasłonięcia twarzy ręką chociażby wtedy, gdy niespodziewanie przed naszymi oczami ukazuje się wyłaniająca się z wanny, agresywna i potworna zarazem, zjawa zmarłej kobiety.

Niewątpliwie tę atmosferę niepewności podkręca także osadzenie całej historii w malowniczej, aczkolwiek odosobnionej okolicy. Sam dom rodzinny głównej bohaterki pierwszorzędnie wpisuje się w klasykę horroru – stary, skrzypiący, ze staromodnym wystrojem, a do tego zaniedbany i z rozlewiskiem w pobliżu. Nie trudno w takiej otoczce poddać się klimatowi jaki widać na ekranie.

Biorąc zaś pod uwagę wszystko powyższe, dość  powiedzieć, że „Klątwa Jessabelle” plasuje się gdzieś w środku stawki gatunku. Choć w żaden sposób nie wybija się na tle podobnych produkcji, to pod warunkiem, że przymkniemy oko na niedociągnięcia fabuły oraz warsztat obsady, zapewni nam ona dobre półtorej godziny rozrywki.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Brzdąc w opałach – z muzyką na żywo
wilkzwallstreet
Wilk z Wall Street – recenzja
romanpolanski
Roman Polański: moje życie – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*