kingsmanBrytyjscy filmowcy już nie raz udowodnili, że nie ma dla nich gatunku, w którym nie czuliby się, jak ryba w wodzie. Dramaty, w których w sposób spontaniczny potrafią oddać kontrast pomiędzy klasami społecznymi, to jedno. Kino akcji, które w ich wydaniu nie posiada znamion tanich fajerwerków i lukrowanych zakończeń, to drugie. Komedie, gdzie humor nie polega na głupkowatych gagach, które mają za zadanie zadowolić mniej wybrednych widzów, to trzecie. Dodać do tego wszystkiego brytyjski wpływ na pozostałe dziedziny  kultury, to już osobny rozdział. Jednym słowem Wyspiarze mają cztery skarby narodowe – The Beatles, Davida Bowie, Jamesa Bonda i… Matthew Vaughn’a.

Historia stara jak świat. Doświadczony szpieg wprowadza w arkana agencji obiecującego młodziana, który, przechodząc mordercze szkolenia, staje się jednym z członków Kingsman – tajnej organizacji ratującej świat. Niby to stary i ograny patent, ale prawdę mówiąc jest bardziej nowocześnie i nieprzewidywalnie, niż z początku zakładano.

Twórca „Przekładańca” i „X-Men: Pierwsza klasa” i tym razem przygotował dla nas rzecz równie wyborną. Wydaje się, że reżyser kpi sobie z całej światowej śmietanki – polityków, bankierów, celebrytów, jednym słowem ludzi zamożnych, od których, w pewnym sensie, zależy nasz los, a wszystko to podlewa świetnym scenariuszem, scenami akcji i zgraną obsadą. Osoby publiczne występują tu jako ludzie przekupni, dający się łatwo omamić perspektywą łatwego zarobku. Agenci Kingsman działają po to, aby separować takich zwyrodnialców od reszty społeczeństwa.

Rola główna przypadła w udziale Taronowi Egertonowi. Chłopak jest odzwierciedleniem naszego pokolenia w sensie dosłownym. Daleko Mu do szytych na miarę garniturów. Jego ogłada, a raczej jej brak, pozostawia wiele do życzenia. Miejsce tradycyjnego drinka z wyszukaną zawartością zastępuje pospolity browar, a na stopach goszczą rażące w oczy białe sneakersy, a nie eleganckie, czarne mokasyny.



   
W rolach drugoplanowych oglądamy czołówkę brytyjskiej sceny filmowej. Colin Firth w roli agenta – dżentelmena, którego cechują elegancki ubiór, nienaganne maniery i obycie w świecie, przywodzi na myśl klasycznych bohaterów opowieści szpiegowskich z lat ’60. Zdecydowanie bliżej Mu do Seana Connery, niż Daniela Craiga. Mark Strong i Michael Caine występują tu na zasadzie ozdobników, co nie znaczy, że umniejszam Ich udział w tej produkcji. Jedyny Amerykanin w obsadzie – Samuel L. Jackson, jawi się nam jako diaboliczny Baron Samedi – pamiętny czarny charakter z ósmej odsłony przygód agenta 007, a pierwszej z Rogerem Moorem w roli głównej, mianowicie „Żyj i pozwól umrzeć”. Jedyna różnica polega na tym, że jeden nosił cylinder, a drugi full capy Yankesów o bardzo krzykliwych kolorach.
   
„Kingsman: Tajne służby” pokazuje, jak dużej przemianie uległo kino sensacyjne na przestrzeni lat, konfrontuje bohatera starej daty z nowym obliczem herosa, który oddaje klimat ery XXI wieku. Za 30 lat filmowcy zaserwują nam kolejnego śmiałka, przy którym nasz główny bohater – Eggsy, stanie się kimś w rodzaju kończącego karierę dinozaura. Już niebawem aktualny odtwórca roli 007 – Daniel Craig, stanie się właśnie kimś takim. Dodajmy, że to dzięki roli we wspomnianym na początku „Przekładańcu” aktorem zainteresowali się producenci największej filmowej sagi – Barbara Broccoli i Michael G. Wilson.
   
Matthew Vaughn po raz kolejny uraczył widzów blockbusterem pozbawionym banałów. Jak czytacie tę recenzję, pewnie myślicie sobie, że to kolejna wygrzewka lub tania Bond-parodia. Wyprowadzę Was z błędu i przemówię głosem bohaterów „Kingsman”: „To nie taki film”. Oxfordy, nie Szkoty!

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
pokoj
Pokój – recenzja
cezarmusi
Cezar musi umrzeć – recenzja
7308131.3
Harry Brown – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*