kapitanphilips„Kapitan Phillips”, najnowszy film Paula Greengrass’a, miał być barwną opowieścią opartą na rzeczywistych dramatach. Po raz wtóry (po filmie „Lot 93”) reżyser wziął na tapetę autentyczne wydarzenia, bezpośrednio uderzające w amerykańskich obywateli. Miał to być film o heroicznej walce przykładnego Amerykanina, uwikłanego w problemy współczesnego świata. Miał być. A co z tego wyszło?

Film opowiada o losach tytułowego kapitana Richard’a Phillipsa dowodzącego amerykańskich frachtowcem Maersk Alabama, który to statek padł ofiarą napaści somalijskich piratów. Po heroicznej walce załogi z napadającymi na nich rzezimieszkami, kapitan Phillips oddaje się w ręce napastników, ratując tym samym podwładnych z opałów. Somalijczycy, mając nadzieję na uzyskanie znacznego okupu od Ameryki, przetrzymują kapitana przez 4 dni w szalupie ratunkowej. Dramat człowieka postawionego w tak ekstremalnej sytuacji staje się punktem wyjścia do zobrazowania woli walki bohatera, ale także starcia między dwoma światami – kapitalistycznej Ameryki i somalijskiej biedy, nie pozostawiającej przed porywaczami wyboru.

Niestety scenariusz oparty na tak dramatycznej historii pozostawia wiele do życzenia. O ile jeszcze pierwsze minuty filmu, obrazujące sam moment porwania, zdają się mieć jakiś sens, przedstawiać rzeczywiste wydarzenia, to jego dalsza część bardziej przypomina bajkę dla niezbyt rozgarniętego widza. Kogoś zbyt poniosła fantazja. Nie ratują tego nawet ujęcia, kręcone z ręki, które miały tworzyć coś na kształt dokumentu, przekonywać widza, że jest świadkiem wydarzeń dziejących się tu i teraz. Pierwotnym zamysłem twórców było, jak mniemam, utrzymanie widza w napięciu do końca, co nie jest łatwym zadaniem, jeżeli chcemy opowiedzieć historię, której koniec jest wszystkim od początku dobrze znany. Szkoda, że nie można powiedzieć, że to zadanie zostało wykonane. W pewnym momencie jest już chyba wszystko co możliwe – dwa niszczyciele, helikoptery, desant spadochronowy, do wyboru do koloru. A między tym mała szalupa ratunkowa. Do zabawnych zaliczyć trzeba moment, kiedy ratujący kapitana Amerykanie wysyłają w powietrze race, żeby oświetlić rozgrywającą się walkę pomiędzy kapitanem a porywaczami, co niestety nie było udaną próbą, a kilka scen dalej pojawiają się nagle reflektory, których nie powstydził by się nie jeden stadion piłkarski. Jakby nie można było uruchomić ich wcześniej. Takie nieścisłości są niestety bardzo denerwujące. Wśród tego wszystkiego przebija się niekiedy próba wplecenia do całego zamieszania problemów współczesnej Afryki – biedy, zmuszającej do kroków ostatecznych, wykorzystywania tych najbardziej zdesperowanych przez bossów, kierujących się jedynie chęcią zysku, wtłaczania człowieka w ramy siły i bezwzględności. Niestety ginie to wszystko w całym filmowym szumie.

Z drugiej strony film broni się aktorstwem. Kreacja jaką stworzył Tom Hanks, odgrywający pierwszoplanową rolę kapitana, może stać się podstawą do nominacji oskarowej. Jest to iskra autentyzmu przebijająca się ponad scenariusz. Hanks nie narzuca się ze swoją postacią, nie tworzy wokół niej zbędnego krzyku i rozgardiaszu. Do mistrzostwa aktorskiego trzeba zaliczyć ostatnie ujęcia, w których Hanks wylewa cały dramatyzm, tego co rozgrywało się wokół bohatera. Jeszcze nigdy ocalenie nie było tak przejmujące. Brawa należą się jednak nie tylko hollywoodzkiej gwieździe, ale i nie znanemu wcześniej szerokiej rzeszy odbiorców Barkhadowi Abdi, odtwórcy roli przywódcy piratów – Muse’a. Zamyka on w swojej postaci konflikt pomiędzy człowieczeństwem, a celami, które zostały mu narzucone. Z ciekawością obserwujemy zmagania tej niejednoznacznej postaci z samym sobą.

Na koniec trzeba stwierdzić, że jest to film typowo amerykański – przeciętny obywatel, który w jednej chwili staje się bohaterem narodowym, sprawna amerykańska armia, technika będąca w jej dyspozycji, pokazująca jaka jest jej siła. Jeżeli chcecie się przekonać o tym na ekranie po raz kolejny śmiało możecie wybrać ten film. Jednak, jeśli macie w kieszeni na zbyciu 20 zł, zastanówcie się czy nie spożytkować ich lepiej.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
sztuka_znikania
Sztuka znikania – recenzja
thewalk
The Walk. Sięgając chmur – recenzja
kotwbutach
Kot w butach – recenzja
1 Komentarz
  • AndrzejKucyg
    18 listopada 2013 at 07:05

    Ten film JEST oparty na faktach i nie ma w nim nieścisłości bo TAK wygląda to NAPRAWDĘ, spodziewałeś się piratów z karaibów i bitwy morskiej?

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*