cejloZ okazji nadchodzącej wiosny oraz Dnia Kobiet Galeria Łódzka przygotowała niezwykłą wystawę, prezentującą egzotyczne kanony piękna. Na odwiedzających czekać będą gabloty prezentujące orientalne stroje i dodatki, przywiezione z najdalszych zakątków świata oraz fotografie kobiet, wykonane przez popularnego polskiego podróżnika – Wojciecha Cejrowskiego. Z tej okazji przeprowadzono również wywiad z podróżnikiem.

Dziś zdjęcia robi się telefonem. Rzeczywistość można uchwycić niemal zawsze i wszędzie. Czy oznacza to, że każdy stał się fotografem-reportażystą? Może bliższe jest jednak stwierdzenie, że wśród dobrych „fot” uda się czasem zrobić jedno dobre zdjęcie?   

WC: Nie mam komóry i nie planuję mieć, puki istnieją telefony stacjonarne. Zdjęcia robię normalnym aparatem fotograficznym. Aparat taki jest zbyt duży i ciężki, żeby go stale nosić przy sobie a zatem… na fotografowanie wyprawiam się jak na polowanie – celowo, specjalnie po to, a nie przy okazji czegoś innego. Skoro się wyprawiłem celowo, to cała moja uwaga skupiona jest na tym jednym celu – żeby w danym miejscu i czasie zrobić dobre zdjęcia. Tak pracuję – nie strzelam przypadkowo. To wszytko, plus egzotyczne miejsca w których jestem, plus doświadczenie i ma się dobre wyniki.

Wie Pani, ja nigdy nie oszczędzałem kliszy, jeszcze w czasach przed aparatami cyfrowymi, przywoziłem z jednej wyprawy po pięć tysięcy zdjęć. To był wtedy spory pakunek sam w sobie – te wszystkie klisze. Dzisiaj to jest jedno pudełko z kartami pamięci. Kiedy człowiek robi wiele zdjęć, to potem ma z czego wybierać. Ma też sporo zdjęć nieudanych do wyrzucenia (śmiech). Po trzydziestu latach jestem dobry, otrzaskany, wiem co robię, ale i tak wychodzi mi tylko jedno bardzo dobre zdjęcie na 50-100 zrobionych. Reszta – kosz, albo pamiątki dla wnuków, bo… Nasz dziadek był w miejscach, których już dzisiaj nie ma i ganiał po dżungli na golasa z dzikimi golasami. (śmiech)

Idąc tym tropem, w programie Mark’a  Seiger’a, Ben Lowy powiedział, że w dzisiejszych czasach liczy się wyłącznie autopromocja. Zdjęcia sprzedawane są magazynom za zaledwie 25$. Fotografia reportażowa przestaje być zawodem dla wybranych, dla specjalistów. Popularne stały się również ekstremalne foto-podróże „na linię frontu”. Liczy się przygoda i chęć zobaczenia własnego nazwiska pod zdjęciem. Czy uważa Pan, że to dobry kierunek? Liczy się efekt, a nie warsztat? Liczy się sława, a nie profesjonalizm?
   
WC: Po pierwsze nie wiem co to za faceci, których Pani cytuje. Po drugie ja moich zdjęć nie sprzedaję po 25$, bo mnie na to nie stać. Wyprawa badawcza do dżungli kosztuje… 15-25 tysięcy dolarów. Żeby zwrócić same koszta trzeba by sprzedać 600 zdjęć po 25? Niewykonalne. Moim zdaniem trzeba się cenić i wtedy nas wyceniają lepiej niż 25 za sztukę. I liczy się wszystko to, co Pani wymieniła RAZEM wzięte: efekt + warsztat + sława (czyli nazwisko autora zdjęć) + profesjonalizm. Dobre nazwisko pomaga, a jak się ma efekty i do tego dobry warsztat, a także profesjonalne podejście do sprawy, to można ze zdjęć reportażowych dobrze żyć. Ja utrzymywałem się z tego przez wiele lat i mógłbym nadal dobrze żyć z samych tylko zdjęć.
   
To, że dzisiaj każdy ma przy sobie aparat, wcale nie oznacza, że konkurencja jest mocniejsza. Ona jest bardziej liczebna, ale nie mocniejsza. Więc jeśli ktoś ma w sobie talent, dobre oko do fotografii, niech się nie zniechęca faktem, że „wszyscy robią zdjęcia”.  Wszyscy pstrykają, ale dobre zdjęcia… może to właśnie Ty robisz te dobre.

W Galerii Łódzkiej możemy zobaczyć wystawę Pana zdjęć zatytułowaną „Kanony Piękna”. Czy łatwo jest fotografować ludzi? W swoich książkach pisze Pan, że trzeba mieć „tupet jak taran”, czy to jednak jedyna zasada, która pozwala oswoić osobę fotografowaną z aparatem?

WC: E-e. Przy fotografowaniu ludzi tupet nie jest dobry. Tupet przydaje się na urzędników, na żołnierzy, na napastników, złodziei, ale kiedy robi się zdjęcia, trzeba się zachowywać jak myśliwy na polowaniu – podejść lub oswoić. Kiedyś nosiłem długi obiektyw i podchodziłem „zwierzynę” jak snajper. Potem zmieniłem obiektyw na bardzo krótki, szerokokątny i najpierw zagaduję ludzi, dowcipkuję sobie z nimi – tak, jak to Państwo widzą w „Boso przez świat” – a potem z bliska, aparatem bez lufy robię zdjęcia i nawet nie muszę celować. Szeroki kąt pozwala strzelać fotki z biodra, z ręki – bez przykładania aparatu do oka, bez przerywania konwersacji.
   
Obiektyw szerokokątny wkręciłem 20 lat temu, potem zawinąłem aparat taśmą izolacyjną i tak zostało. Nigdy nie zmieniam obiektywów, wszytko robię tym jednym szerokim: portrety, pejzaże, detale, akcję i spanie, grupy statyczne i atak wojowników, wszytko jednym obiektywem.

Porozmawiajmy zatem o kanonach piękna. Czy fotografując „świat zachodu” można wyłonić aktualny kanon piękna, czy kanonem są dla nas wyłącznie zdjęcia perfekcyjnych modelek poddanych obróbce graficznej?
   
WC: Pyta Pani niewłaściwą osobę – ja nie fotografuję w Europie. Moja praca to antropologia kultury czyli, mówiąc na skróty: ludy pierwotne, plemiona wciąż dzikie, baaardzo daleko od Europy. Ale…
   
Mieszkam w Arizonie, w USA, w Polsce jestem co roku w miesiącach ciepłych, więc trochę się orientuję. Zauważam różnice. Te modelki o których Pani wspomina podobają się ludziom w Europie, ale wszędzie indziej, nawet w USA, uchodziłyby za brzydule, kościotrupy. Na nich nie ma ciała! Brak piersi, brak tyłka, brak ud, brak mięśni pod skorą – same kości i wielkie wygłodzone oczy na twarzy, bez mimiki, bo ktoś naszprycował wargi botoxem.
   
Widuję te wargi, ma je także jedna moja znajoma. Dawniej kobieta piękna, duma kolegi, małżeństwo jak z żurnala, on przystojny, ona piękna. Dzisiaj ma te wargi bo ją ktoś namówił, bo „wszyscy sobie robią”, po to „odmładza”. Co za bzdury! Teraz to ona, biedna, wygląda jak potwór. I nie chodzi o to, że zabieg się nie udał – on się udał doskonale, tylko takie sztuczne usta nie pasują do naturalnej twarzy.
   
Odęte grube wargi mają ludy murzyńskie i na ich twarzach to pasuje, jest harmonia nie ma zgrzytu, bo ich twarze są inne od naszych, bardziej okrągłe, pucołowate, nie ma orlich nosów tylko nosy płaskie. W Europie jest na odwrót – mamy ostrzejsze rysy, węższe nosy i tak dalej, więc te wielkie, zatrute botoxem i przez to MARTWE wargi nijak nie pasują. Szpecą ot co.
   
W antropologii dość często bada się kanony urody i piękna. I zawsze, niezależnie od miejsca, czasu i kultury, wychodzi nam, że piękna kobieta musi zawierać tłuszcz. (śmiech) To nie oznacza, że ma być gruba i tłusta, ale ma mieć tu i tam widoczne pokłady tłuszczu – wtedy się podoba. Ten tłuszcz ma się ładnie ruszać, podskakiwać pod skórą. Niezależnie od czasu i kultury, zawsze i wszędzie kobieta się podoba, gdy ma porządne piersi (głównie tłuszcz) porządny tyłek (głównie tłuszcz) i jeszcze trochę tłuszczyku tu i tam, żeby wprowadzić łagodne, miękkie, zaokrąglenia – na biodrach, w okolicach talii, na policzkach…

Który z fotografowanych kanonów piękna zadziwił Pana najbardziej?
   
WC: Patyki w nosie – o tym czytałem jeszcze w dzieciństwie, ale kiedy pojechałem do Amazonii, okazało się, że patyk w nosie to margines. O wiele więcej patyków Indianie wtykają sobie dookoła ust. Chcą w ten sposób pokazać wrogom, że są krewnymi jaguara i mają takie „wąsy”, jak kot. A skoro są krewnymi jaguara, to lepiej ich unikać.

Czy robiąc zdjęcie ma Pan nadzieję, że w odbiorcy wywoła ono emocje, pobudzi wyobraźnię?
   
WC: Tak. (śmiech)

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
IMG_9416
Armatka Kultury 2014 (foto)
IMG_1817
Tysiące Winyli w Dokach (foto)
Rusza ArtKombinat Scena Monopolis (foto)

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*