kanadyjskiesukienkiKanadyjskie sukienki to film kłopotliwy. Z jednej strony próbuje przed nami otworzyć tajemne wejście do pewnej idylli, wiejskiej arkadii, pełnej kolorów, smaków i zapachów. Po przeciwnej stronie ciąży jednak kompleks Zachodu.

Ojciec opuszcza bowiem rodzinny Sycew, by czerpać pełnymi garściami z czaru Kanady. Pewnego dnia wyjeżdża wraz z nim córka Amelia, by spędzić tam wakacyjny miesiąc. Jak się okazuje ich (albo im narzucone) losy i intencje nie są tak proste i czyste jak mogłoby się wydawać.

Widz o wszystkich wydarzeniach dowiaduje się przy urodzinowym stole pani Zofii – głowy rodziny. Przenoszony jest przez różne płaszczyzny czasowe przy pomocy niezbyt udanego natłoku retrospekcji, którymi sypie się jak z rękawa, niekiedy doprowadzając do zagubienia samego oglądającego. Koresponduje to z dusznym klimatem biesiady, bardziej irytując niż ciekawiąc. Dowiadujemy się pozornie po kolei wszystkiego, niemal każdej tajemnicy, ale to odkrywanie kart nie ma w sobie żadnego uroku. Dziwi ten fakt i zasmuca, ponieważ reżyser Maciej Michalski swym dziełem wydaje się mierzyć z własnymi rodzinnymi baśniami, często przekłamanymi, upstrzonymi kolorem, by ukryć utarczki i dramaty.

Film ten mówi o familijnej klątwie – matka stanowi tutaj pępek wszechświata, nieustanna tęsknota za mężem i córka dusi ją, ale i infekuje całe sąsiedztwo. Kobieta swemu pozostałemu potomstwu odbiera głos decydowania, wpędza ich w projektowane przez siebie schematy, nie chce po raz kolejny być zraniona czy opuszczona. Jej pozorne poczucie stabilności i bezpieczeństwa czkawką jednak odbija się na życiu innych. Zamiast prawdziwych uczuć i namiętności, skazani są oni na toksyczne, wyniszczające związki. 

Dzieło to może i miało ciekawy potencjał, ale z pewnością nie został on odpowiednio wykorzystany. Historia ta wydać by się mogła absorbująca, z pewnością odpowiednio ujęty ciążący nad wszystkimi kompleks matki. W zaprezentowanej formie miast wnikliwej prezentacji stanów i zaburzeń psychicznych druzgoczących całe otoczenie, otrzymujemy kolorowe, nierówno przycięte konfetti, którym obsypuje się widza bez konkretnych powodów.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
happy
Happy Feet: Tupot małych stóp 2 – recenzja
zejscie2
Zejście 2 – recenzja
sztuka_znikania
Sztuka znikania – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*