intruzNajlepsza reżyseria, najlepszy scenariusz, najlepszy montaż – debiutanckie dzieło Magnusa von Horna właśnie w tych kategoriach triumfowało na tegorocznym festiwalu filmowym w Gdyni. Intruza od 9 października można oglądać na ekranach polskich kin, obraz ten znalazł się również w harmonogramie szóstej edycji festiwalu Kamera Akcja.

Tytułowym intruzem jest nastoletni John (Ulrik Munther). Poznajemy go, gdy opuszcza on zakład poprawczy. Chłopak próbuje powrócić do społeczeństwa, jednak jest mu ono bardzo niechętne. Nikt z okolicznych mieszkańców nie zapomniał o popełnionej przez niego zbrodni – nie ma mowy o wybaczeniu, czy drugiej szansie.

Dramat Magnusa von Horna opowiada o alienacji i próbie naprawienia własnych błędów. Debiutujący w pełnym metrażu reżyser kapitalnie buduje swoją opowieść. Składa się ona głównie z niedopowiedzeń, z każdą kolejną sceną widzowie otrzymują nowe informacje. Początkowo nie wiadomo dlaczego John przesiedział kilka lat swojego życia w zamknięciu. Dopiero w zderzeniu z rzeczywistością otrzymujemy odpowiedź, iż chłopak dopuścił się morderstwa. Pierwszym sygnałem jest scena w hipermarkecie, gdzie pewna kobieta rzuca się głównemu bohaterowi do gardła. Kolejne wskazówki dają nam uczniowie szkoły, do której ten powrócił po dłuższej nieobecności. Nastolatek nie szuka konfliktu, nie chce na agresję ze strony rówieśników odpowiadać agresją – biją go w twarz, nadstawia drugi policzek. Brnąc dalej w tę opowieść, następne karty zostają odkryte m.in. w domu rodzinnym Johna – filmowa układanka zaczyna tworzyć pewną całość. Nie sposób w tym miejscu nie pochwalić pracy Agnieszki Glińskiej, która w tej szwedzko-polskiej koprodukcji zajęła się kwestiami montażowymi. Magnus von Horn rozrzuca puzzle, ona je skleja. Próżno jednak doszukiwać się na ekranie osądu, czy rachunku sumienia głównego bohatera – wystawianie ostatecznych not pozostawione zostaje odbiorcom.



To właśnie widzowie są arbitrami tego widowiska. Duża w tym również zasługa zdjęć Łukasza Żala. Młody operator nominowany w ubiegłym roku do Oscara za pracę przy obsypanej nagrodami Idzie ponownie udowodnił, że nie przypadkowo świat zachwyca się jego kadrami. W Intruzie raz jeszcze wybija się on na wyżyny swych umiejętności oferując widowni, chłodne, acz przepełnione emocjami obrazki, które aż kipią od tajemnic. Co ciekawe, w trakcie seansu da się zauważyć, że w najbardziej poruszających momentach kamera ogranicza swe ruchy do minimum – statycznie obserwuje poczynania bohaterów. Poza tym najczęściej zostaje ona ustawiona w pewnej odległości od akcji, spoglądamy na bohaterów przez framugi drzwi czy okna. Widz w trakcie projekcji może czuć się jak obserwator, który sam musi ocenić postępowanie tytułowego bohatera. To zadanie nie należy do łatwych, gdyż do końca nie wiadomo, jakie kroki ten poczyni. Wcielający się w Johna aktor podobnie jak reżyser tegoż dzieła jest świetnym „budowniczym”. Na ekranie próżno z jego strony doszukiwać się nadmiernej ekspresji – młodzian postawił na minimalizm, czym wytwarza wokół siebie aurę niepokoju. Filmowy nastolatek to z pozoru zagubiony blondynek, który w pewnym momencie swojego życia pobłądził, konsekwencją zabrnięcia w ślepą uliczkę było przymusowe odizolowanie od społeczeństwa. Wystarczy jednak zajrzeć w jego puste, czarne oczy, by dostać na ciele gęsiej skórki. Relacje z ojcem, bratem czy dziadkiem są naładowane skrajnymi emocjami, jednak prawdziwą bombą jest on sam. W jednej ze scen John opowiada Malin, nowo poznanej dziewczynie o popełnionej przez siebie zbrodni. Chce uniknąć szczegółów, lecz ona nie pozwala mu na zdawkową spowiedź. Jest żądna wiedzy, musi wiedzieć, jakie uczucie towarzyszy człowiekowi, gdy ten odbiera drugiemu życie. Chłopak ze spokojem przedstawia scenkę, będącą swoistą „wizją lokalną”, jednocześnie wyjaśnia, że krótki wyrok zawdzięcza orzeczenikom, którzy na wokandzie ocenili, iż morderstwo zostało popełnione w afekcie. Z każdym kolejnym słowem wypowiadanym przez Intruza w naszych głowach pojawiają się następne pytania, na które ostatecznie nie otrzymujemy odpowiedzi.

Magnus von Horn już niebawem może dołączyć do topu europejskich twórców. 32-letni Szwed, absolwent łódzkiej Szkoły Filmowej doskonale wie, jak zainteresować widza. Obrazuje ból i cierpienie. Jego opowieść ma bardzo gorzki smak i choć reżyser nie stroni od sięgania po utarte schematy, to jego Intruz nie traci na jakości. Nadal pozostaje elektryzującym, wstrząsającym i do bólu prawdziwym dramatem społecznym z otwartym zakończeniem. Po seansie długo nie będziecie mogli się otrząsnąć. O Johnie naprawdę trudno zapomnieć.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
drogadoraju
Droga do raju – recenzja
W chmurach – recenzja
carrie
Carrie – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*