jeziorakO tym, że Polacy potrafią tworzyć porządne filmy, kinomani przekonują się coraz częściej. Czy jednak wzorem Skandynawów umieją budować klimatyczne i zimne kryminały? Próbę odpowiedzi na to pytanie podjął debiutant, Michał Otłowski obrazem „Jeziorak”.

Podkomisarz Iza Dereń (Jowita Budnik) prowadzi śledztwo w sprawie śmierci młodej dziewczyny. W tym samym czasie trwają poszukiwania dwóch zaginionych funkcjonariuszy Główna bohaterka z jednym z nich jest bliżej związana. W obie historie subtelnie zostaje wpleciony również wątek leśnego bimbrownika. Wydaje się, że właśnie on jest w stanie pomóc w rozwiązaniu obu zagadek. Kluczowe mogą być również wydarzenia z przeszłości.

Nie lubię porównań, niemniej w przypadku „Jezioraka” trudno jest ich uniknąć. Pierwszym i podstawowym jest fakt, iż obraz Otłowskiego całymi garściami czerpie z duńskiego serialu „Forbrydelsen” czy też jego amerykańskiego odpowiednika „The Killing”. Obserwując główną bohaterkę filmu, nie sposób nie dostrzec podobieństwa z hitem braci Coenów „Fargo”. Postać, w którą wciela się Jowita Budnik podobnie jak ta zagrana przez Frances McDormand jest w ciąży. Na wzór koleżanki z Minessoty ona także rozpracowuje sprawę tajemniczej śmierci. Jej gra jest oszczędna, idealnie dopasowana do charakteru odgrywanej postaci. Dereń prowadząc śledztwo natrafia na wiele pułapek, które uderzają również bezpośrednio w jej osobę. Jako jedyna kobieta-stróż prawa w okolicy skazana jest również na seksistowskie zachowanie kolegów po fachu. Jej życie podporządkowane jest głównie pracy zawodowej. Nie bacząc na konsekwencje, za wszelką cenę dąży do wyjaśnienia tajemniczej śmierci. Ekranowym partnerem Budnik jest Sebastian Fabijański, wcielający się w postać aspiranta Marca. Zastanawiam się, po co został ujęty w scenariuszu. Postać ta jest mało wyrazista. Wygląda na to, jakby Otłowski nie miał pomysłu na jej zbudowanie. Całe szczęście, że reżyser postawił na wielowątkowość. Dzięki temu w scenariuszu znalazło się również miejsce dla bohatera granego przez Łukasza Simlata. Mroczny, trudny do jednoznacznej oceny – postać godna rasowych kryminałów.

Od strony fabularnej debiutancki obraz młodego reżysera wypada naprawdę interesująco. Historia oparta jest na kilku wątkach, które z biegiem czasu zaczynają się przeplatać i zazębiać ze sobą. Umiejętnie budowane jest w niej napięcie, bez którego ten gatunek nie miałby racji bytu. Otłowski podjął trudne wyzwanie, ale od początku wiedział, w jaki sposób chce poprowadzić tę opowieść. Zbudowanie interesującego kryminału na polskim gruncie jest prawdziwą sztuką. Przekonał się o tym m.in. Jacek Bromski ekranizując powieść Miłoszewskiego „Uwikłani”. Wydaje się jednak, że debiutant sprostał zadaniu. Oczywiście, nie ustrzegł się kilku błędów, m.in. skrótowego podejścia do pewnych kwestii, czy pełnego nie wykorzystania potencjału niektórych bohaterów. Patrząc jednak na całokształt, można mu je wybaczyć.

Skandynawskie kino, na którym wzorowany jest „Jeziorak” cechuje się zimnymi, poszarzałymi krajobrazami, które wprowadzają widza w klimatyczny świat morderstw i tajemnic. U Otłowskiego atmosfera kryminału gdzieś unosi się w powietrzu, niestety jest jej zdecydowanie za mało. Owszem fragmenty, w których scenerią jest jesienny las, bądź prezentowane są płonące budynki naprawdę mogą się podobać, niemniej zbyt często akcja przenosi się na miejscowy posterunek. W tego typu produkcjach, gdzie zło czai się na zewnątrz, chce się obcować z demonami cały czas, nikt nie myśli o chowaniu się przed mroczną stroną historii. Miejscowy komisariat również skrywa wiele tajemnic, jednak dreszcze na ciele pojawiają się dopiero, gdy widzowie wraz z bohaterami opuszczają jego mury. W „Jezioraku” do pełni szczęścia brakuje również odpowiedniej oprawy muzycznej. Cezary Skubiszewski i jego kompozycje próbują spowodować, aby widz wyszedł z kina z poogryzanymi paznokciami. Chwilami ścieżka dźwiękowa rzeczywiście buduje pożądany klimat, upodobniając się do tej zasłyszanej w skandynawskich pierwowzorach. Szkoda tylko, że jej poziom nie jest utrzymany do końca filmu.

„Jeziorak” jako debiut fabularny prezentuje się naprawdę interesująco. Jest przemyślany, nieźle zagrany i okraszony charakterystycznym dla gatunku klimatem. Może nie jest to najmocniejszy polski film kryminalny jak głoszą reklamujące go plakaty, jednakże z pewnością wybranie się na ten seans nie będzie czasem straconym. Otłowski udowodnił, że jest świadomym twórcą, który dokładnie wie, czego oczekuje w kinie współczesny widz.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
szklana5
Szklana pułapka 5 – recenzja
11minut
11 minut – recenzja
Juliusz – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*