jasonbourne27 września 2002 roku „Tożsamość Bourne’a” miała premierę w Polsce. Siedziałem wówczas w Parku imienia Szarych Szeregów i kontemplowałem, czy w ramach wagarów iść na piwo, czy na ten film. Kumpel powiedział do mnie, że ten cały Bourne to nie Bond i pewnie całość będzie na poziomie tragicznej „Mission: Impossible 2”. Piwo – 1, Bourne – 0.

3 września 2004 roku miała premierę druga część – „Krucjata Bourne’a”. Zgadałem się z dwoma kumplami z osiedla i ruszyliśmy w stronę Silver Screen. Seans zaczynał się o jakiejś dziwnej godzinie typu 19:50. Jechaliśmy tramwajem linii numer 3. Z dumą dzierżyliśmy browary w dłoni. Nagle z podziemi wyrosło czterech kontrolerów biletów. Nas było tylko trzech, więc szanse nierówne. Spieraliśmy się z nimi kilka dobrych minut. Po półgodzinnej utarczce zgodzili się na wypisanie jednego mandatu na trzech. Kiedy ruszyliśmy z przystanku, okazało się, że jest 20:30. Piwo – 2, Bourne – 0.

7 września 2007 roku „Ultimatum Bourne’a” weszło na ekrany. Jak się zapewne domyślacie, nie dotarłem na seans. Po raz kolejny wszystkiemu winny browar. Najbardziej żałuję właśnie tej części, ponieważ przebija wszystkie Bondy z Danielem Craigiem i „Mission: Impossible”. Ma ona świetne wszystko, czyli: tempo, rozwiązania fabularne, triki montażowe, aktorstwo, intrygę i… jeszcze długo by wymieniać. Twórcy kina akcji na potęgę zżynali z Bourne’owskiej trylogii („Quantum Of Solace” wiedzie tu prym). Prawda jest taka, że duet Greengrass – Damon zrewolucjonizował rynek kina sensacyjnego. Po dziewięciu latach powrócili z filmem „Jason Bourne”. Spokojnie, tym razem piwo nie przeszkodziło w dotarciu na seans.

Czwarta część pokazuje Bourne’a w pełni dojrzałego, oswojonego ze swoim losem. Agent uświadomił sobie, że był marionetką w rękach bezlitosnej agencji. Teraz, gdzieś na południu Europy, bierze udział w walkach na pięści. Widać po nim, że tęskni nieco za adrenaliną. Los po raz kolejny rzuca go w wir akcji. Tym razem to nie amnezja jest jego przeciwnikiem, a bolesna prawda.

„Jasona Bourne’a” podzielić można na cztery etapy: ateński, berliński, londyński i vegaski. To właśnie te metropolie służą za nawierzchnię, na której bohater z trudem utrzymuje równowagę. Nie jest już tak sprawny i przebiegły. Lata i ból doświadczeń odcisnęły na nim piętno. Można odnieść wrażenie, że szuka sposobu na szybką śmierć. Walki w zatęchłych magazynach czy na bezludnej pustyni są idealnym odzwierciedleniem jego psychiki – wszędzie brud, zagubienie, samotność.

Etap ateński wypada zdecydowanie najlepiej. Przez chwilę czuć ducha „Ultimatum Bourne’a”. Jest szybko, ciekawie, zaskakująco. Dodatkowym atutem jest tło akcji, czyli wojna domowa w Grecji, która nadaje produkcji autentyczności. Etapy berliński i londyński są dość standardowe – bohater daje o sobie znać, wyprowadza służby w pole, po czym efektownie znika. Znamy to z wcześniejszych odsłon. Etap vegaski – finiszujący film, jest niestety najsłabszym elementem całości. Choć zaczyna się tajemniczo, to efekt końcowy totalnie psuje jego wejście. Owszem, są tam świetnie sfilmowane pościgi i walki wręcz, jednak brak im finezji i miodności.

https://www.youtube.com/watch?v=pblpQq3E46k

Postaci wprowadzone przez twórców są kopiami tych, które widzieliśmy chociażby w „Krucjacie” i „Ultimatum”. Jedynie Alicia Vikander zbiegła z tego punktu ksero. Jej bohaterka wzbudza większe emocje niż sam Jason Bourne. Do ostatnich minut zaskakuje i zgrabnie wymyka się ze stereotypu kobiety – agenta.

„Jason Bourne” jest najsłabszą z wszystkich czterech odsłon, co nie oznacza wcale, że nie jest wart obejrzenia. Jedynym, za to niezwykle poważnym zastrzeżeniem jest brak oryginalności. Bourne’y zmieniały filmową rzeczywistość, nadawały jej sznyt świeżości, motywowały innych twórców. Po długich dziewięciu latach jedyne, co udało się Greengrassowi to wątek dotyczący „odmóżdżania agentów”. Widzowie zaczynają współczuć głównemu bohaterowi, który nie może zmienić swoich przyzwyczajeń; jest uzależniony od działania. Zazna spokoju dopiero wtedy, gdy osiągnie punkt krytyczny.

Myślałem, że nowy Bourne wyleczy mnie z alkoholowego nałogu. Niestety, pod koniec filmu marzyłem tylko o schłodzonym piwie. Piąta część przygód Bourne’a na pewno powstanie. Świadczy o tym nie tylko zakończenie, ale przede wszystkim box office. Mam nadzieję, że czas spędzony na leczeniu odwykowym nie pójdzie na marne, a piąty Bourne tylko mnie w tym utwierdzi. Na razie uciekam od punktu krytycznego.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
bitwapodwiedniem
Bitwa pod Wiedniem – recenzja
niesamowityspiderman
Niesamowity Spider-Man – recenzja
intruz
Kamera Akcja: Intruz – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*