idolKażdy z nas ma jakąś osobę, której nie zna osobiście, ale którą darzy szczególnym szacunkiem. Kiedyś wybór idola był prostszy, ponieważ media nie były rozwinięte na tyle, aby co chwila bombardować nas co już to nowszymi bohaterami realnego życia. Konsekwencją tego jest to, że aktualny ulubieniec jest tylko na przysłowiowy moment, a jego miejsce już po chwili zajmuje kolejny.

Al Pacino od początku lat siedemdziesiątych zaskakuje nas wyśmienitymi kreacjami. Wiele  filmów, w których zagrał, otrzymało miano klasycznych, a nawet kultowych. Jednak, czy po dziś dzień Al aż tak nas zdumiewa?

„Idol” opowiada historię Danny’ego Collinsa – znanego piosenkarza, bożyszcza tłumów, który pomimo zaawansowanego wieku wciąż bawi się jak 20-letni młodzieniec. Pewnego dnia główny bohater otrzymuje w prezencie list, który 40 lat temu napisał do niego John Lennon. Ten fakt spowoduje, że Danny dołoży wszelkich starań, aby zmienić swoje dotychczasowe życie.

„Idol” jest filmem o prostej strukturze, który nosi znamiona bardzo dobrej komedii i nieco pretensjonalnego dramatu. Wszystko wydaje się być tu poprawne i przewidywalne, ale to tylko pierwsze wrażenie. Na pochwałę zasługują dialogi, których błyskotliwość od razu wprowadza widza w pozytywny nastrój. Aktorzy odbijają piłeczkę w tak wyśmienitym stylu, jakby przed rozpoczęciem zdjęć zaliczyli niejedną udaną imprezę. Prym wiedzie tu zwłaszcza nieśmiertelny Christopher Plummer, który kradnie film samemu Alowi Pacino.

Wątek miłosny przypomina duet z „Lepiej być nie może” Jamesa L. Brooksa, gdzie postaci grane przez Jacka Nicholsona i Helen Hunt zdają się do siebie nie pasować, jednak w końcowym rozrachunku okazuje się, że nadają na tych samych falach.



   
Jedyne, co spowalnia tempo tej wdzięcznej historii to wątek Danny’ego i jego syna, którego ten nie widział przez całe życie. Reżyser – Dan Fogelman wiele zaryzykował, ponieważ to właśnie relacja ojca z synem jest tutaj kluczowa. Na szczęście twórcy zostawili sobie jednego asa w rękawie i w końcowych scenach wyrzucili go na stół.
   
Patrząc chłodnym okiem, cały film można zaklasyfikować jako historię życia jego głównej gwiazdy, czyli Ala Pacino. Zarówno on jak i grany przez niego bohater przez ostatnie lata swojej kariery odcinali od niej kupony. Ostatni film, w którym mogliśmy podziwiać umiejętności i charyzmę Ala Pacino to „Donnie Brasco” w reżyserii Mike’a Newella z 1997 roku. Przez ostatnie 18 lat aktor tułał się, tu trochę w kinie, trochę w telewizji i trochę w teatrze, ale czy pamiętamy coś z tych kreacji? Właśnie.
   
W końcowej scenie Danny Collins mówi do swojego syna: „jeśli lekarz przychodzi z diagnozą i mówi do Ciebie po imieniu, to znaczy, że wszystko będzie dobrze. Jednak, jeśli zaczyna od nazwiska – wieści nie będą pomyślne”. W przypadku „Idola” możemy głośno powiedzieć: Al, dobra robota!

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
muminki
Muminki w pogoni za kometą – recenzja
niania_i_wielkie_bum
Niania i wielkie bum – recenzja
grubasy
Grubasy – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*