idaO ile dobrych filmów ogląda się całkiem sporo, to te estetycznie olśniewające pozostają w śladowej garstce. Ida natomiast jest jak przeglądanie albumu ze starymi fotografiami analogowymi, wizualny smakołyk, doznanie wzrokowe, które można wciąż pochłaniać i pochłaniać, nie chcąc choćby mrugnąć, by nie utracić żadnej sceny.

Ida to delikatność i ascetyczność. Nieśmiałość i niepewność osadzona na ostro ciosanych stopniach. Samotność i opuszczenie, z jednej strony wyrażane w czarno-białym obrazie, choć przecież tak mało tu oczywistości, z drugiej dopełniane rozmyciami, specyficznymi kadrami. To krzyk przez zasznurowane usta, nienasycenie ukryte pod zakonnym habitem.

Historia osnuta jest wokół dwóch głównych bohaterek. Poznajemy je jako opozycje, nieprzystające do siebie bieguny. Ida to zakonnica przed święceniami, cicha, zamknięta, niedostępna, na pozór osadzona wyłącznie w świecie religii i wiary. Wanda, jej ciotka, to cynizm, siła i pewność, świadomość, która doprowadziła do zgorzknienia. Ich pierwsze spotkanie, choć prezentujące kluczową dla filmu kwestię żydostwa Idy, wydaje się nieznaczącym pstryknięciem, tak naprawdę jednak odpala lont, pozwala kolejnym iskrom spalać się coraz szybciej i obficiej. Kobiety wyruszają we wspólną podróż z zamysłem poznania i upamiętnienia przeszłości – tak naprawdę będą rozdrapywać stare blizny i sypać w nie sól, bezgłośnie, choć bynajmniej nie obojętnie. Stronice przeszłości, gdy wyjęte z folii, z pudełka z pamiątkami powstają żywą śmiercią. Otrzepywanie kurzu nie jest tu synonimem porządkowania, obrastając w nowe konteksty, oznacza raczej pęczniejący rozpad, nagromadzanie się zgliszczy.

Ida nie byłaby filmem tak absorbującym i w tym wszystkim tak zatrważającym, niepokojąco świdrującym wnętrze, gdyby nie grono aktorskie: Agata Kulesza w roli Wandy, której charyzma, siła i destrukcyjność kipią z ekranu na widza; debiutantka Agata Trzebuchowska – krucha, surowa, niczym posąg ze szkła oraz Dawid Ogrodnik, ujmujący, przyciągający, jasny punkt bez ciężaru obwarowań. Delikatność i prostota nacierają na widzą, bezszelestnie siekając od środkami za sprawą zdjęć-majstersztyków Ryszarda Lenczewskiego i Łukasza Żala.

Paweł Pawlikowski ofiarowuje twór uważny, skupiony, precyzyjny. Do oszczędności dopisuje psychomachię. Odnosząc się do historii, wiary, piętna przeszłości nie próbuje silić się na sztandarowe opowieści, wartość przykładając raczej do zagadnienia poszukiwania własnej tożsamości, mierzenia się z czasem pogrzebanym, który wciąż nas infekuje. Kluczowe są tutaj znaki zapytania, całą Idę nazwać by można stylowym pytajnikiem.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
slodkichsnow
Słodkich snów – recenzja
drive
Drive – recenzja
geneza
Geneza planety małp – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*