hobbitCofnijmy się nieco w czasie. 15 lutego 2002 roku na ekranach polskich kin pojawił się Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia – pierwsza filmowa część Tolkienowskiej trylogii, w którą nowe życie tchnął Peter Jackson. Przygody hobbita Frodo Bagginsa i spółki na ekrany kin powracały jeszcze dwa razy (Dwie wieże i Powrót Króla), tym samym nowozelandzki reżyser domknął całą Śródziemną historię w roku 2003.

Po drodze zebrał sporą ilość nagród filmowych: Oscary, Złote Globy, nagrody BAFTA i wiele innych. Czy ten sukces powtórzy także jego najnowsze dzieło, ściśle związane z powyższym tematem? Myślę, że już wkrótce się o tym przekonamy. Pewne jest jedno: w najbliższym czasie fani twórczości Tolkiena ponownie masowo będą oblegać kinowe sale w całym kraju. Wszystko za sprawą filmu Hobbit: Niezwykła podróż, który od kilku dni gości na ekranach naszych kin – jest to prolog do Władcy Pierścieni. Co ciekawe, Tolkien perypetie Bilbo Bagginsa i trzynastu krasnoludów umieścił w jednotomowej powieści pt. Hobbit, czyli tam i z powrotem, Jackson do jej zekranizowania potrzebuje aż trzech części. Cóż, reżyser ten sprawdził się w trylogii, więc może nie chce po prostu wychodzić poza pewne sprawdzone ramy twórczości…

Jak już wcześniej wspominałem w Niezwykłej podróży czołową postacią jest Bilbo Baggins – zamożny Hobbit, który wyrusza w długą wędrówkę wraz z Gandalfem, Thorinem Dębową Tarczą i jego krasnoludami. Ich celem jest dotarcie do Samotnej Góry, którą okupuje smok Smaug. W czasie długiej wyprawy napotkają wiele przeszkód. Na ich drodze pojawią się m.in. trolle, orkowie czy znany z Władcy Pierścieni Gollum Smeagol. Zapowiada się smakowicie!

Już dziesięć lat temu, gdy oglądało się Tolkienowską adaptację w wykonaniu Petera Jacksona, jej efekt zapierał dech w piersi. Na ekranie wszystko było piękne, kolorowe i niesamowicie dopracowane – dbano o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Dzisiaj gdy technika poszła jeszcze bardziej do przodu, cała ta układanka wizualnie wydaje się być po prostu artystycznym arcydziełem, w którym próżno szukać rys. Kostiumy, scenografia, efekty specjalne – te elementy sprawiają, że podczas seansu poddani jesteśmy jakiejś niesamowitej hipnozie. Gdy dodać do tego jeszcze muzykę, którą również można było wychwalać przy okazji oglądania epickiej trylogii sprzed kilku lat, to okazuje się, że w trakcie oglądania Hobbita jesteśmy w ekstatycznym stanie. Chapeau bas!

Przy zachwytach nad nowym dziełem Nowozelandczyka nie można pominąć oczywiście kwestii scenariusza, czy też gry aktorskiej, bez których nawet najpiękniejsze wizualnie dzieło nie mogłoby się obejść. Z racji tego, że film trwa niemal 3 godziny, fabuła nie powinna nudzić. W Niezwykłej podróży myślę, że znużenie nikomu nie powinno towarzyszyć, w oczy razi za to inny element – chodzi o nadmierną ilość patosu na ekranie. Podniosłych scen (na siłę) w kinie ja po prostu nie znoszę, denerwują mnie. Może ktoś powie, iż przesadzam, że wcale nie jest tak, jak ja to przedstawiam, ale cóż swojego zdania nie zmienię.

Wspomniałem, że czas trwania produkcji wynosi ponad 160 minut, ale sumie to nie powinno nikogo dziwić, ponieważ tak jak w przypadku każdej z części kultowej trylogii, tutaj również reżyser nigdzie się nie spieszy i powoli wprowadza nas w całą tę historię – czy jest to uzasadnione, czy też nie, z pewnością pozostanie kwestią sporną. Wchodząc stopniowo w akcję mamy więc okazję szczegółowo przyjrzeć się każdemu z bohaterów.

A skoro już o postaciach mowa, to musze przyznać, że ich odtwórcy w Hobbicie prezentują bardzo wysoki poziom. Martin Freeman – Bilbo, Ian McKellen – Gandalf i Richard Armitage – Thorin – to trójka wspaniałych, którzy w całej tej układance wiodą zdecydowany prym. Jest jeszcze oczywiście nieoceniony Andy Serksis, który ponownie wciela w Golluma. Tak naprawdę scena, w której ten „pojedynkuje” się z Bilbo Bagginsem należy do moich ulubionych w owym dziele. To tak na marginesie. Wracając do obsady należy wspomnieć także o Cate Blanchett, która gra przepiękną Galadrielę.

Co intrygujące, jej postać nie pojawia się u Tolkiena (w Hobbicie rzecz jasna). Nie wnikam jednak w szczegóły, ponieważ nie czytałem tej książki, więc nie mam żadnego punktu odniesienia. Nie zamierzam także krytykować kontrowersyjnego pomysłu, jakim bez wątpienia dla wielu jest wyświetlanie tego filmu z szybkością 48-miu klatek na sekundę (48 HFR). Osobiście widziałem ten film w standardowej jakości, bez żadnych udziwnień i jestem nim zachwycony i zauroczony (pomijając poruszone kwestie). Jest to jeden z najlepszych tytułów tego roku i ogromnie zachęcam, aby każdy wybrał się do kina i na własne oczy ujrzał przygody hobbita Bilbo i jego kompanów. Rewelacja!

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Boże Ciało – recenzja
wlepszymswiecie
W lepszym świecie – recenzja
swietaczworca
Święta czwórca – recenzja
1 Komentarz
  • 5 lutego 2013 at 20:28

    :-* zarąbisty film

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*