hardkordiskoKrzysztof Skonieczny – interdyscyplinarny mistrz – niesie kolejną bombę. Tym razem uderza ze multiplikowaną siłą swoim debiutanckim „Hardkor Disko” – filmem o miłości, który rozsadza żyły.

Gdy zna się dokonania Krzysztofa Skoniecznego, już przed seansem ma się wykrystalizowaną opinię na temat filmu – w głowie jak neon pulsuje „to musi być dzieło genialne”. Po wyjściu z kina osąd ten nie ginie, a tylko się utrwala, pęcznieje. Gdyby jednak ktoś z nazwiskiem wcześniej nie był zaznajomiony, z pewnością po obejrzeniu długometrażowego debiutu, czym prędzej zacznie zachłannie nadrabiać zaległości.

Doświadczenie Skoniecznego w tworzeniu teledysków robi swoje – niezwykła świadomość estetyczna przebija się w tym filmie na pierwszy plan. Każdy kadr jest precyzyjnie skonstruowany, nie ma, choć ułamka obrazu, który na kształt wyżutej gumy wypełniać miałby ubytki. Sceny się tutaj celebruje, uświęca, dając widzowi czas, by wsączały mu się pod powieki, a następnie siały ferment w głowie.

„Hardkor Disko” nie da się do niczego porównać, to zupełnie nowa jakość w kinie. Rządzi tu niezależność, nie ma mowy o kompromisach czy ustępstwach. Jest to konstrukcja od początku do końca prowadzona odrębną ścieżką, umyślnie lawirującą na marginesie. To jasno manifestowany głos nieprzyjmujący sprzeciwu, krzyk z samych trzewi, którego nie da się zagłuszyć. Skonieczny robi dokładnie to, na co ma ochotę i czuć to każdym porem skóry.

Historia, którą film opowiada wypełniona jest lukami. Nie chodzi bynajmniej o kulejące sensy, tylko przestrzeń pozostawioną dla odbiorcy, dzięki której zamiast sprzedawać pewne fakty i narzucać określone interpretacje, daje się szansę własnego odczytywania. A tych możliwości rozumienia istnieje niekończąca się mnogość. To niezwykły szacunek oddany widzowi, wejście w nim z dialog, pobudzenie, zaproszenie do wspólnego wkładania palców w rany.

„Hardkor Disko” infekuje krwiobiegi, w bebechach zaszczepia przemoc. Ogromny udział mają w tym aktorzy – Marcin Kowalczyk, Jaśmina Polak, Agnieszka Wosińska i Janusz Chabior tworzą kwartet, który pokłada ogień.  „W oczach mają coś takiego”, że krew tętni szybciej, charyzmą strzelają w same dziesiątki.

Skonieczny zatrząsł wszechświatem. Stworzył obraz gorzki i posępny, magnetyczny, uwodzący. Trudny do jednoznacznego określenia, bo walący widza obuchem w głowę, powodując zgrzyt i ból, rozlewający się po ciele jak nowotwór, lecz niebędący chorobą tylko objawieniem. Po „Hardkor Disko” ma się blizny, które się kontempluje, otacza opieką.

Bezkresna miłość do Krzysztofa Skoniecznego uwiła sobie w moim sercu jeszcze trwalsze gniazdo.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wenuswfutrze
Wenus w futrze – recenzja
smerfy
Smerfy – recenzja
nedznicy
Nędznicy – recenzja
2 komentarze
  • Renata
    1 maja 2014 at 16:53

    Dawno nie czytałam tak żałośnie egzaltowanej i żenującej stylistycznie recenzji.

  • Zigi
    8 kwietnia 2014 at 19:00

    To teraz czas na lodzika dla geniusza- pewnie na jakimś festiwalu będzie okazja.

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*