golabRoy Andersson – reżyser, scenarzysta, wizjoner, twórca kina autorskiego. Nietuzinkowość Szweda wielokrotnie była dostrzegana przez festiwalowe jury, stąd też na jego koncie znajduje się kilka nominacji do prestiżowych nagród filmowych m.in. z Berlina czy Cannes. Jest on również laureatem wielu festiwalowych wyróżnień, m.in. weneckiego Złotego Lwa, którego otrzymał za swój najnowszy obraz – Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu – film ten od kilku dni możecie oglądać na ekranach kin studyjnych w całej Polsce.

Piętnaście lat temu Andersson zaproponował widzom autorskie Pieśni z drugiego piętra, w 2007 roku światową premierę miał jego drugi obraz Do ciebie, człowieku. Obecnie reżyser zamyka swoją oryginalną trylogię o człowieczeństwie. W produkcji Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu Szwed ponownie za pomocą przeróżnych scenek rodzajowych skupia swoją uwagę na emocjach. Próbuje w ten sposób ukazać skomplikowaną budowę nie tylko ludzkiego ciała, ale i duszy. Za przykład posłużyli mu tym razem dwaj zmęczeni życiem mężczyźni handlujący rozrywkowymi gadżetami. Podczas wykonywania swej monotonnej pracy, muszą obcować z wieloma nietuzinkowymi osobami m.in. kapitanem statku zdegradowanym do pozycji… fryzjera – szwedzka wersja Monty Pythona? Nie do końca.

„Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce” – słowa Terencjusza wydają się być motywem przewodnim dla Roy’a Anderssona. Reżyser nie tylko umiejętnie przekłada na język filmowy elementy zawarte w słownikowym pojęciu „humanizmu”, dodatkowo dla własnych potrzeb poszerza je. Biorąc do ręki pierwszy, lepszy tom encyklopedii można przeczytać, iż „humanizm” to: „intelektualna, moralna postawa wykazująca, że istoty ludzkie potrzebują szczęścia czy godności”. Przypisy mówią jeszcze, iż „wyraża on potrzebę przykładania wagi do racjonalnego myślenia”. W tym miejscu drogi klasycznych formułek i toku myślenia szwedzkiego twórcy rozchodzą się. Nie oznacza to jednak, że Anderssonowi brakuje jednej z klepek i karmi widzów tanimi chwytami, które usiłuje ubrać w filozoficzną formę. Wręcz przeciwnie, jest to z pewnością twórca wrażliwy, mający nieograniczoną wyobraźnię, w której mieszczą się najbardziej kontrowersyjne pomysły. Aby nie być gołosłownym dodam tylko, że w Gołębiu… pojawia się m.in. scena, w której rodzina żegnając się ze schorowaną, (odchodzącą na „drugą stronę”) matką, próbuje odebrać jej tajemniczą torbę – przekaz tego fragmentu jest jasny i nie wymaga komentarza. Kolejną, budzącą odrazę jest sekwencja, w której naukowcy eksperymentują na szympansie. Podobnie dziwnych, trudnych do zaklasyfikowania motywów na ekranie jest znacznie więcej. Wydaje się, że pomysłowość autora filmu nie ma końca. On sam ostatecznie znak, że jesteśmy w błędzie. Kiedy?  W chwili pojawienia się na ekranie czarnej planszy, z której zaczynają uciekać napisy końcowe. Wcześniej jednak, widz otrzymuje przepełniony skrajnymi emocjami portret współczesnego człowieka targanego trudem codzienności. Surrealizm wylewa się z ekranu niczym Morze Bałtyckie na piaszczystą plażę. Reżyser podobnie jak wspomniany akwen, wyrzuca z ekranu kolejną dawkę symboli, by chwilę później zabierać je do następnych scen – błędne koło, od którego można dostać zawrotu głowy.

Podczas seansu warto odpowiedzieć sobie również na pytanie, czy jest jakikolwiek sens analizować prezentowane wydarzenia? Filozofia Anderssona jest chwilami prosta, innym razem przepełniona (do przesady) metaforami, które zinterpretować poprawnie potrafi tylko on sam. Wytrychów i furtek jest tu tyle, że można pobłądzić. W korytarzach najbardziej zawiłego labiryntu łatwiej by było odnaleźć wyjście.

W prostej narracji otoczonej hektolitrami niedopowiedzeń, zagadek i wyimaginowanych twierdzeń reżyser formalnie stawia na minimalizm. Jego kamera jest statyczna, ustawiona wciąż w jednej pozycji, kolejne scenki pozbawione są również montażu. Autor kadruje przed naszymi oczami swoje sceny, tak jakby malował obraz. Bohaterów kolejnych fragmentów rozmieszcza na planie, niczym malarz na płótnie. Nierzadko nie pozwala im się ruszać, bądź karze wykonywać nieustannie powtarzające się gesty. Całość otacza mroźną paletą barw i zdawkowymi dialogami, które choć chwilami mogą być uznane za żartobliwe – finalnie ograniczają się do codziennych frazesów – mechanicznie wypowiadanych powtórzeń typu: „Cieszę się, że u ciebie wszystko w porządku”.

Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu.  Jest to w pełni autorskie kino, na którym reżyser stawia swój stempel. Podczas seansu należy wyzbyć się swoich przekonań i dać się wciągnąć w wir imaginacji Roya Anderssona. Wszyscy widzowie dzieła szwedzkiego reżysera są tytułowym gołębiem siedzącym na gałęzi. Najważniejsze to zachować na niej równowagę – z pewnością nie jest to wcale takie proste.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
niezniszczalni
Niezniszczalni – recenzja
najcczarniejszagodzina
Najczarniejsza godzina – recenzja
przytulmnie
Przytul mnie – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*