gijoeodwetBohaterowie zabawek dla małych i dużych chłopców powrócili w kolejnej pełnometrażowej ekranizacji. I prawem serii G.I.Joe: Odwet jest zdecydowanie słabszy od swojego poprzednika.

W warstwie fabularnej nie ma tu zbyt wielkiego zaskoczenia. Podczas rutynowej akcji oddział żołnierzy zostaje praktycznie rozbity. Pozostała przy życiu garstka bohaterów (Roadblock, Flint i Jane) zostają wyklęci i ścigani przez władze USA. W tajemnicy planują jak oczyścić swoje dobre imię i pokonać odwiecznego wroga – Cobrę. W tle pojawia się m.in. Bruce Willis jako Joe Colton. I to wszystko. Po prostu dwie godziny wybuchów i mało sensownej opowieści, w tym także, niestety, dużo dłużyzn.

G.I.Joe obok Transformerów to „lokomotywy” firmy Hasbro. Jednak w odróżnieniu od serii o wielkich robotach z kosmosu historia amerykańskiego superoddziału wydaje się zdecydowanie zbyt mało dowcipna i przemyślana. Także brakuje głównych gwiazd aktorskich jedynki – Sienny Miller, Dennisa Quaida, Marlona Wayansa, a Channing Tatum dość szybko znika z ekranu. Całość nie do końca ratują efekty specjalne, które po prostu są na poziomie obecnych dobrych standardów.

G.I.Joe: Odwet, to typowy „odmóżdżacz”, który niebezpiecznie blisko w fabule przypomina pierwszą odsłonę Mission: Imposibble z Tomem Cruise w roli głównej (w dużym skrócie). Porównywanie tych dwóch produkcji nie ma większego sensu, gdyż obraz w reżyserii Jona M. Chu to po prostu słaba bajka z efektami. Niestety.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Wdowy – recenzja
jestemnr4
Jestem numerem cztery – recenzja
spadajtato
Spadaj tato – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*