Zabilem_moja_matkeAktor, reżyser, producent, scenarzysta, a przy tym zdobywca kilku ważnych nagród i nominacji na międzynarodowych festiwalach. Sporo nawet jak na kogoś, kto od lat działa w branży filmowej. A mowa o 22-letnim Xavierze Dolanie, którego debiutancki film wkracza właśnie do polskich kin.

Zabiłem moją matkę możemy oglądać w polskich kinach od 14 stycznia, br. choć obraz ma już prawie dwa lata i do tej pory zdążył zdobyć trzy nagrody w pobocznej sekcji Festiwalu Filmowego w Cannes, a sam Dolan – nakręcić kolejny film pt. Wyśnione miłości (który notabene do naszych kin trafił wcześniej, bo w październiku 2010 r.).

Historia na pierwszy rzut oka nie jest skomplikowana – nastoletni Hubert (Xavier Dolan również po tej stronie kamery) jest po prostu kolejnym bohaterem przechodzącym typowe dla okresu dojrzewania frustracje w równie typowy dla tego wieku sposób – a więc głównie trzaskając drzwiami i awanturując się z wychowującą go samotnie matką (Anne Dorval). Ta zresztą też nie bawi się w odgrywanie zahukanej ofiary i bez ceregieli podejmuje ton, w jakim odnosi się do niej syn.

 
Utarczki bohaterów stanowią jednak pretekst dla innych rozważań, z jakimi przyjdzie się zmierzyć widzowi. Zaatakowany ilością i bezsensem powtarzających się kłótni (a trzeba przyznać, że bohaterowie potrafią spierać się dosłownie o wszystko, i to głośno i z przytupem), zapewne zada sobie pytanie, po co właściwie to wszystko. Gdzie kończy się zwykłe nieporozumienie, a zaczyna zwyczajna chęć wyładowania się na drugiej osobie, obarczenia jej własnymi emocjami, również przy użyciu chwytów poniżej pasa i dziecinnych taktyk, i czy aby nie pochłania to jeszcze więcej energii? Dlaczego wszelkie próby poprawy wzajemnych stosunków są podejmowane zawsze jakby nie w czas, za późno? Wreszcie – co tak naprawdę jest problemem bohaterów (bo nieustanne utarczki wydają się być już tylko efektem czegoś, co siedzi głębiej) i czy ten problem na pewno dotyczy wyłącznie relacji rodzic-dziecko?

„Gdyby ktoś ją skrzywdził, byłbym gotów go zabić, ale jednocześnie potrafię wskazać sto osób, które kocham bardziej niż własną matkę”, mówi Hubert, i to zdanie najlepiej oddaje przewartościowanie, jakie nastąpiło w stosunkach bohaterów, którzy w gruncie rzeczy są ze sobą związani, ale jakby „od święta”, „w razie gdyby…”, zapominając o tym w wirze codzienności. Bohaterom nie było konieczne tytułowe „zabijanie”, aby coś się w ich relacji rozłożyło, umarło. A przynajmniej nie „zabijanie” w sensie dosłownym.

Trzeba oddać Dolanowi, że nie odmawia widzowi szansy zrozumienia obojga bohaterów w równym stopniu. Oglądamy w detalicznych zbliżeniach wszystko to, co może drażnić Huberta w matce, a więc na przykład drobiny jedzenia, którym brudzi się podczas posiłku. Z trudem słuchamy jej pisków podczas spotkania z koleżanką. Z drugiej strony drażni również dziecinnie obrażony Hubert, czekający bez słowa, aż matka otworzy mu drzwi, ale nie potrafiący o to poprosić. Drażni jego argumentacja spod znaku „a inni rodzice…”. Drażni cichy podziw dla matki jego partnera, Antoine’go, i jednoczesne niedostrzeganie, że w jej ultranowoczesnym stylu bycia również jest coś niepokojącego.

Wszystko to w połączeniu ze wspomnianymi niekończącymi się sekwencjami domowych (ulicznych, szkolnych…) awantur między matką synem raczej nie czyni z Zabiłem… filmu odpowiedniego na seans relaksacyjny, po wyczerpującym dniu. Nie chodzi o ewentualne przesłanie, którego koniec końców reżyser nie każe szukać (na szczęście) tak głęboko, że jego znalezienie sprawiłoby problem przeciętnemu widzowi. Rzecz bardziej w bezlitosnym atakowaniu odbiorcy negatywnymi emocjami, jakie przeżywają bohaterowie. Inna sprawa, że zdaje się to być zabieg celowy (stawiający pytanie o sens toczonych przez nich bojów), a jednocześnie trudno nie zauważyć, że umiejętnie równoważony osobliwym humorem (solarium, gdy matka Huberta dowiaduje się o jego orientacji seksualnej, rozmowa z dyrektorem szkoły – obie sceny „i śmieszne, i straszne”) oraz dającymi odpocząć uszom, a nasycić się oczom obrazami (dużo koloru, światła). Te ostatnie stały się zresztą przyczyną licznych porównań do stylu Wong Kar-Waia (słusznie; zwróćmy uwagę na sposób przedstawiania detalu choćby w popularnej wśród polskich widzów Jagodowej miłości i właśnie w filmach Dolana).

A są to porównania nie byle jakiego kalibru, które w połączeniu z dotychczasowymi osiągnięciami (bardzo przecież młodego ) reżysera pozwalają mieć przeczucie, że mamy do czynienia z nowym talentem.

Film obejrzano dzięki uprzejmości kina Polonia (Łódź, Piotrkowska 67).

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
hel
Hel – recenzja
porachunki
Porachunki – recenzja
lalaland
La La Land – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*