wyspaskazanscowNa ekranach kin pojawiła się Wyspa skazańców. To historia przyjaźni, która rodzi się w ekstremalnych warunkach i jest naznaczona cierpieniem.  To opowieść o bohaterstwie i magnetycznej sile jednostki. To w końcu film o żelaznej dyscyplinie, która nie uczy pokory, a jedynie znieczulicy i okrucieństwa.

Każde z tych zdań jest prawdziwe, choć i tak nie oddaje istoty tej produkcji. Reżyser, Marius Holst, serwuje nam obraz prosty, brutalny, do bólu prawdziwy.

Opowiada o Erlingu (Benjamin Helstad), młodym marynarzu, który zostaje oskarżony o morderstwo i osadzony na odciętej od świata wyspie Bastøy. Statutowym zadaniem działającego tam ośrodka poprawczego jest przywracanie młodocianych przestępców na łono społeczeństwa. Metody stosowane przez kierownictwo opierają się jednak na przemocy, nagradzaniu donosicielstwa i wpajaniu twardych, ale kłamliwych zasad. Na Bastøy nie ma miejsca na sentymenty, rozwijanie talentów i indywidualności – są za to jednakowe drelichy, numery porządkowe, zakaz rozmów przy jedzeniu i ciężka praca. Erling, jako jedyny z chłopców, chce pakazać, że posiada wolę i rozum, że jest człowiekiem, a nie tylko C19. Podejmuje próbę ucieczki i wznieca we współtowarzyszach ogień. Ogień, z którego rodzi się bunt…

Wyspa skazańców to produkcja surowa, bez patosu i zbędnych słów. Tu każda scena jest przemyślana i przemawiająca. Holst porusza ciężką problematykę: dotyka kwestii molestowania, znęcania się, samobójstwa, a mimo to nie przytłacza widza, a raczej prowadzi go ku swoistemu katharsis.

Helstad gra rewelacyjnie. Uwagę przykuwa przede wszystkim jego twarz: charyzmatyczna, pełna bólu i, mimo mlodego wieku, dojrzała. Jednak myślę, że najlepsza jest kreacja Tronda Nillsena. Jego bohater, Olav, przechodzi przemianę – z pokornego chłopca, ślepo wierzącego w regulamin, staje się buntownikiem, który nie boi się napluć wychowawcy w twarz, a dyrektorowi wykrzyczeć, że jest cholernym kłamcą. W konsekwencji to Olav staje się niekoronowanym królem Bastøy.

Na pochwałę zasługuje muzyka. Ascetyczna i wyważona, z chirurgiczną precyzją szarpie emocje słuchacza. Uwieńczeniem minimalizmu są zdjęcia – ukazują jednolity norweski krajobraz, powleczone są szarością, budzą przygnębienie.

Wyspa skazańców ukazuje ludzki dramat w dwóch płaszczyznach. Dramat chłopców, spętanych regulaminem, który w żaden sposób nie przygotowuje do godnego życia poza wyspą, ale także dramat fanatycznych wykładowców, którzy autentycznie wierząc w swoje metody i wzniosłe hasła, nie zauważają, że to droga donikąd.

Reżyser schemat konstrukcji opiera na metaforze – upragnioną przez wszystkich wolność porównuje do wieloryba, który „ciągle płynie, chociaż wbito w niego trzy harpuny”. W świecie widzianym jego oczyma każdy obraz jest autentyczny. Zamiast polukrowanych scen i przygładzonych prawd poczuć można pęcherze od pracy na rękach i dotyk tafli lodu pod stopami. Film świetnie wpisuje się w kanony kina skandynawskiego, gdzie sztandarowe znaczenie ma treść, a nie forma. Pozostaje tylko ubolewać, że choć został nakręcony w grudniu 2010, to do polskiego odbiorcy trafia dopiero teraz.

/film obejrzany dzięki uprzejmości kina Charlie.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
minionki
Minionki – recenzja
szczescietymoje
Szczęście ty moje – recenzja
diana
Diana – recenzja
1 Komentarz
  • M.
    30 marca 2012 at 18:44

    U Bergmana czy Dreyera forma nie ma sztandarowego znaczenia?

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*