wyscigzczasemCzas to pieniądz, głosi stare porzekadło, a zarazem nieoficjalne motto dwudziestego pierwszego wieku. Andrew Niccol („Gattaca”, „Pan życia i śmierci”), pozwolił sobie na ironiczne „co by było, gdyby”, przedstawiając widzom świat, w którym powyższe przysłowie rozumie się całkiem literalnie.

W najnowszej produkcji  reżysera, to właśnie czas stanowi walutę, ale także niezbędny element, dzięki któremu dorosły  ludzki organizm może funkcjonować. Jeśli komuś zabraknie życiodajnych minut, niewyjaśniona siła powoduje nagły zgon – a śmierć z powodu braku czasu to rzecz powszechna. Martwe ciała leżące na ulicach biedniejszych dzielnic nie wzbudzają większego zainteresowania, zupełnie jak za czasów wielkich epidemii.

Will Salas (Justin Timberlake) nieoczekiwanie staje się posiadaczem setek lat. Oskarżony o morderstwo i ścigany przez Strażnika Czasu (Cillian Murphy) postanawia walczyć z systemem ramię w ramię z uprowadzoną córką krezusa, Sylvią Weis (Amanda Seyfried). Okazuje się, że nie wszyscy muszą żyć z dnia na dzień, a czasu jest pod dostatkiem dla każdego. Jeśli tylko bogaczom odbierze się życie wieczne…

Powiedzenie „grunt to dobry pomysł, reszta sama jakoś się ułoży” to szybki przepis na nieprzemyślany i niedopracowany produkt. Andrew Niccol wpisuje się na listę reżyserów, którzy udowodnili, że na samym pomyśle nie można daleko zajechać. Skupiając się na całkiem błyskotliwej koncepcji, zapomniał o fabule, ciekawych bohaterach, z którymi widz mógłby się identyfikować i ulepszeniu scenariusza. Zaproponowana przez niego opowieść to kolejna wersja Robina Hooda, spłycona i nafaszerowana pościgami wypełniającymi luki w przebiegu wydarzeń. „Wyścig z czasem” to historia ze zmarnowanym potencjałem, w której wartka akcja, naiwne incydenty i przeciętna gra aktorska zamordowały ciekawe ujęcie tematu. Przewidywalna fabuła i przerywane irytującymi pauzami dialogi to jedynie dwa grzechy główne z całej wyliczanki.

Z filmu właściwie nic nie wynika, a dosłowność historii dewastuje możliwość metaforycznego rozumienia tematu i odniesienia do naszych czasów. Walka z ustrojem została zredukowana do efekciarskich gonitw samochodowych i skakania po dachach, natomiast brutalny happy end był wisienką na i tak już niesmacznym torcie.

Szkoda czasu i atłasu, jakby powiedział jeden z polskich koronowanych.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
Loveling – recenzja
ksiazepersji
Książę Persji: Piaski Czasu – recenzja
terytoriumwroga
Terytorium wroga – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*