wielkieweseleNa samym początku tej recenzji pragnę uspokoić — komedia Justina Zackhama Wielkie wesele nie przeistacza się w wielką tragedię dla zmysłów widza. Oczywiście, nie jest to kino wysokich lotów, ponieważ zostało nastawione na zwykłą oraz ulotną rozrywkę, ale nie wyszłam z kina z emocjami, których spodziewałam się przed wejściem do niego. Wielkie wesele jednak kilkakrotnie spowodowało, że uśmiech pojawił się na mojej twarzy, aczkolwiek pozostawia wiele do życzenia…

Film ten jest splotem zawiłych relacji damsko-męskich, w których pod koniec sami bohaterowie zaczynają się gubić. Oto tytułowe wesele jest jedynie tłem dla wydarzeń miłosnych, przybierających niejednokrotnie nutkę pikanterii, która nie wiem czy przystoi siedemdziesięcioletnim aktorom oraz czy jest smaczna dla samego widza. Jednak biorąc pod uwagę, że głównym tematem rozmów bohaterów jest seks… Po prostu, tak musi być.

Alejandro (Ben Barnes) oraz Missy (Amanda Seyfried) przygotowują się co ceremonii zaślubin, na której ma pojawić się biologiczna matka pana młodego, będąca zagorzałą katoliczką. Wiedząc, że sytuacja panująca w domu rodzinnym Alejandra będzie dla niej kłopotliwa, rodzina zaczyna odgrywać mały teatrzyk. Jego rodzice adopcyjni (w tych rolach Diane Keaton oraz Robert De Niro), będący od dziesięciu lat rozwiedzieni, muszą udawać szczęśliwe małżeństwo. Do tego należy dołączyć obecną partnerkę rozwodnika (Susan Sarandon), przez którą związek ten uległ rozpadowi, która zostaje zepchnięta na boczny tor. W ten sposób rozpoczynają się nieporozumienia oraz zabawy uczuciami, oczywiście oscylujące wokół sfery erotycznej.

Ponadto, problemy uczuciowe oraz seksualne posiadają pozostałe dzieci — Jared (Topher Grace), będący trzydziestoletnim prawiczkiem oraz Lyla (Katherine Heigl), której małżeństwo stoi nad przepaścią (jej historia na tle pozostałych wydaje się być najbardziej życiowa i naturalna). Oczywiście, to tylko namiastka tego, co rozgrywa się w Wielkim weselu, lecz niech nutka niepewności oraz ekscytacji nie będzie bardziej rozpalana…

Cóż, film ten jest lekki, niezobowiązujący, widz zapomina o nim w pięć minut po wyjściu z kina. Czy warto wydać dwadzieścia złotych na ten seans? Tak, jeśli ktoś lubi pikantne żarty w wykonaniu dojrzałych aktorów. Nie, jeśli widzowie preferują bardziej wysublimowany humor, dotyczący bardziej znaczących tematów niż seks.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
jakzostackrolem
Jak zostać królem – recenzja
syberiada
Syberiada polska – recenzja
7308131.3
Harry Brown – recenzja
1 Komentarz
  • Marcin
    18 lipca 2013 at 15:35

    Ależ seks jest znaczącym tematem! Poważnie.

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*