wielkigatsbyPrzepych, willa z basenem, wielkie uczty, piękne kobiety, drogie samochody – z tym wszystkim kojarzy mi się bogactwo i… najnowsza produkcja Baza Luhrmanna. Tym razem twórca Moulin Rouge i Australii postanowił zabrać się za adaptację powieści Francisa Scotta Fitzgeralda pt. Wielki Gatsby – światło dzienne ujrzała ona w 1925 roku.

Nick Carraway (Tobey Maguire) to facet, któremu w życiu średnio się układa. Nie udało mu się zostać pisarzem, więc z zamiarem rozpoczęcia nowego życia przenosi się na Long Island, gdzie wynajmuje skromny dom i rozpoczyna pracę jako finansista. W pobliżu jego nowej „przystani” mieszkają również kuzynka Daisy (Carrey Muligan) wraz z mężem Tomem (Joel Edgerton). To właśnie w ich willi mężczyzna poznaje zawodniczkę golfa (Elizabeth Debicki), która opowiada mu o tajemniczym milionerze Jay’u Gatsbym (Leonardo DiCaprio). Któregoś dnia Nick otrzymuje zaproszenie na jedną z uczt ekscentrycznego bogacza. To przyjęcie na zawsze odmieni jego życie.

Wielki Gatsby nie po raz pierwszy gości na wielkim ekranie. W 1974 roku dzięki współpracy Francisa Forda Coppoli (scenariusz) z Jackiem Claytonem (reżyseria) powstała najsłynniejsza bodaj adaptacja tej powieści – zdobyła nawet kilka ważnych nagród filmowych. Wówczas w  rolę tytułowego bohatera wcielił się Robert Redford. Minęło wiele lat i Australijczyk Baz Luhrmann postanowił odświeżyć i nieco unowocześnić tę historię – jest on ekspertem w tego typu zabiegach. Pamiętać przecież trzeba, że to właśnie ten twórca mocno uwspółcześnił szekspirowski dramat Romeo i Julia (niezapomniane sceny z gangsterami, którzy prawią do siebie wierszem). We wspomnianej superprodukcji jedną z głównych ról zagrał Leonardo DiCaprio. Do swojego nowego projektu reżyser z Antypodów ponownie zaprosił do współpracy popularnego artystę. Oczywiście, od 1996 roku Leo mocno się zmienił – nie jest już lalusiowatym chłopcem, który może grać głównie miłosne rólki. Dojrzał, zagrał kilka ciekawych ról i jest obecnie jednym z najlepszych odtwórców w Hollywood. Dowodzi tego po raz kolejny, świetnie wpasował się w tytułową rolę: jest tajemniczy, demoniczny i niezwykle wiarygodny.

Na ekranie partneruje mu Tobey Maguire, który do tej pory mógł kojarzyć się głównie ze Spider-manem – kostium człowieka-pająka trzykrotnie przywdziewał on w serii Sami Raimiego. W obrazie Luhrmanna pełni on rolę narratora. Istotny bohater w tej opowieści, ale trudno jest go polubić – mam do niego raczej ambiwalentny stosunek. Jednak nie samymi mężczyznami nowy Gatsby stoi. Płeć piękną w filmie reprezentuje Carrey Muligan. Aktorka, w której kocha się spora część męskiej widowni, nie może narzekać na brak dobrych filmowych ofert. Niedawno zagrała w dwóch naprawdę interesujących tytułach Wstyd i Drive, które z pewnością powiększyły jej grono wielbicieli. Myślę, że wspomniane role zaowocowały również pojawieniem się tej odtwórczyni w adaptacji powieści Fitzgeralda. Wspomniana trójka w Wielkim Gatsbym zagrała dobrze, a nawet bardzo dobrze, ale w tym obrazie aktorstwo nie jest sprawą pierwszoplanową. Reżyserowi zależało głównie na tym, aby zrobić świetne audiowizualne widowisko, w które aktorzy mają się wkomponować – myślę, że ta sztuka się udała.

Sporo napisałem już o ważności strony technicznej filmu, dlatego też należy owe słowa uargumentować. Już od pierwszych minut produkcja ta imponuje zdjęciami. Akcja filmu rozgrywa się w 1922 roku, ale sposób w jaki ów czas jest prezentowany na ekranie, pozwala spokojnie myśleć, że całość stylizowana jest na opowieść współczesną. Imprezy z muzyką rapową, samochodowe wyścigi, permanentne unowocześnianie miasta, które rozwija się w tempie niemniej ekspresowym, co współczesne metropolie… Pewna część widzów może z Australijczykiem się nie zgadzać, zwłaszcza ta lubiąca klasyczne kino prawdopodobnie uzna, że jest to interpretacja kiczowata i męcząca. W nowym Gatsbym postawiono bowiem na: teledyskowy montaż, sporą dawkę efektów specjalnych i… 3D. Pierwsze dwa elementy prezentują wysoki poziom i ciężko jest im cokolwiek zarzucić, niestety ten ostatni obniża ocenę całościową produkcji. Po raz kolejny stwierdzam, że trójwymiar zabija kino i jest on stosowany jedynie dla zgarnięcia większej kasy. Ja tego nie kupuję, po raz kolejny zdecydowałem się na seans ze specjalnymi okularami na nosie, ale ponownie się zawiodłem. Lekki zawód odczułem także przez ścieżkę muzyczną. Wiele piosenek, które słychać z ekranu jest świetnych, do tych z pewnością zaliczają się te w wykonaniu Lany Del Rey czy Beyoncé. Zastanawiam się tylko, dlaczego podczas seansu nie usłyszałem elektryzującego kawałka ze zwiastuna? Chodzi mi o Happy Together w wykonaniu zespołu Filiter…

Mimo pewnych niedogodności Wielki Gatsby zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Całościowo film obronił się, choć trochę szkoda, że fabularne wątki zostały przyćmione przez efekciarstwo. Nowatorstwo nie zawsze idzie w parze z zadowoleniem widowni, z drugiej strony uważam, że należy w kinie wychodzić poza schematy. Baz Luhrmann z pewnością nie toleruje sztampy, czego dowodem jest jego najnowszy obraz.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
wenuswfutrze
Wenus w futrze – recenzja
miliondolarow
Milion dolarów – recenzja
kapitanameryka
Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz – recenzja
1 Komentarz
  • 22 października 2016 at 01:25

    Prowadzimy również specjalistyczne kursy języka angielskiego z zakresu IT, bankowości,
    finansów, prawa, medycyny, mediów.

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*