Kto z nas nie zna hitów takich jak „I wanna dance with somebody” czy „I will always love you”? Kto nie zachwycał się tym niebywałym głosem i przeogromnym talentem jakim dysponowała Whitney Houston? W końcu kto nie wiedział jak tragicznie i smutno potoczyło się życie tej gwiazdy? Jeśli jeszcze uchował się ktoś, kto choćby w ogółach nie zna historii Whitney to teraz ma okazję nadrobić zaległości, bo właśnie powstał (kolejny już) film dokumentalny o życiu Houston.

Kevin Macdonald w swoim dokumencie zatytułowanym po prostu „Whitney” przedstawia nam całe życie i karierę Whitney próbując znaleźć czynniki, które przyczyniły się do tego, że jej historia potoczyła się tak, a nie inaczej. I wychodzi mu to bardzo sprawnie. Widać, że film jest prawdziwy i że to pełnokrwistym dokument, a nie tylko polana lukrem, ugładzona historia. Duża zasługa w tym doboru obsady, jeśli można tak określić tzw. gadające głowy. W produkcji bowiem wypowiadają się wszyscy z najbliższego otoczenia piosenkarki, którzy mogą cokolwiek istotnego powiedzieć o kulisach jej życia i sławy. Nie brakuje więc rodziny gwiazdy: obydwu braci, szwagierek, matki Cissy Houston, nawet byłego męża Bobby’iego Browna, ani jej agentek, ochroniarzy, producentów z wytwórni muzycznych, itd. Reżyser zaś nie boi się stawiać tym osobom niewygodnych pytań takich jak te o narkotyki, późniejsze odwyki, dzieciństwo i surową w kwestii nauki śpiewu matkę, kuluary tras koncertowych i nagrywania płyt, czy o wychowywanie przez piosenkarkę córki. I o dziwo na wszystkie pytania uzyskuje odpowiedzi – po części widać, że szczere, po części (tak jak w przypadku Bobby’iego Browna) wymijające.

Mimo różnych odpowiedzi tych osób przed kamerą, okraszonych jeszcze przebitkami z prywatnymi filmikami gwiazdy, teledyskami, występami w telewizji czy doniesieniami z mediów na temat Houston, Kevin Macdonald nie ocenia zachowania tych osób i ich wpływu na życie piosenkarki. Inna sprawa, że niektórzy sami w stosunku do siebie dokonują takiej oceny. Twórcy natomiast zwyczajnie pokazują nam różne strony medalu (łącznie z tymi niewygodnymi jak np. zaniedbywanie przez Houston i Browna ich córki), nie narzucają sposobu myślenia, a próbują przybliżyć nam różne aspekty życia Whitney. I to się ceni. Ponadto reżyser dodaje także do swojej opowieści kontekst społeczny i polityczny, co wydaje się pożądane w przypadku historii rozkwitu czarnoskórej gwiazdy tak wielkiego kalibru i co zresztą czyni tę produkcję jeszcze ciekawszą.

Cała konwencja filmu „Whitney” zrealizowana jest po części w formie teledysku. Poszczególne kadry to wspomniane wcześniej przebitki różnych materiałów zrealizowane jednak w taki sposób, że dokument ten po prostu wciąga widza. Oczywiście wszystkiemu towarzyszą piosenki Houston, a usłyszenie jej niesamowitego głosu na sali kinowej robi duże wrażenie. W połączeniu jeszcze z wyświetlanymi nam obrazami zmusza nas to do refleksji i przytłacza ponurością opowiedzianej historii. Jeśli więc macie ochotę posłuchać na dużym ekranie hitów Whitney Houston i poznać mniej znane wątki z jej życia to polecam wybrać się na seans!

/autor recenzja – Monika Olczyk

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
zlotadama
Złota dama – recenzja
kolekcjoner
Kolekcjoner – recenzja
birdman
Birdman – recenzja
1 Komentarz
  • meli55
    14 lipca 2018 at 19:08

    Świetny dokument. Po seansie przez dwa dni na okrągło słuchałam jej muzyki

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*