whiplash

Stopa działa? Działa. Werbel działa? Działa. Tomy i talerze przygotowane? Oczywiście! Tak właśnie przedstawia się postać pierwszoplanowa „Whiplash”, czyli zestaw perkusyjny, który w rękach zdolnego muzyka może stać się narzędziem nie tylko pięknym i porywającym, ale przede wszystkim destrukcyjnym.

Reżyser i scenarzysta – Damien Chazelle, nakręcił dzieło o specyficznej formie motywacji, w którym bezlitosny nauczyciel – Fletcher, swoimi bestialskimi metodami pracy próbuje uczynić z dziewiętnastoletniego Andrew mistrza w dziedzinie gry na perkusji. Nasz młody bohater jest wytrwały do granic możliwości. Znosi obelgi ze strony swojego mistrza, daje się nawet kilkukrotnie spoliczkować, ale nawet to nie zabija w Nim pasji do instrumentu.

W roli Andrew oglądamy Milesa Tellera. Zauważyłem Go przy okazji premiery filmu „Między miejscami”, gdzie wyraźnie pokazał, że ma jeszcze dużo do powiedzenia. Andrew w Jego wykonaniu emanuje spontanicznością i nieprzewidywalnością, co dla jazzowego perkusisty nie jest niczym obcym. Z czasem utalentowany muzyk staje się arogancki, co objawia się w zdaniu, jakie agresywnie wypowiada do swojego ojca, z którym mimo to wiążą Go pozytywne relacje, a mianowicie: „Lepiej podzielić los Charliego Parkera, który uznawany jest za jednego z największych muzyków XX wieku. Umarł w wieku 34 lat jako samotny alkoholik i ćpun. Lepsze to, niż żyć do dziewięćdziesiątki jako ustatkowany człowiek, o którego istnieniu świat nawet nie wie”. W tym miejscu można postawić sobie pytanie, czy za cenę bycia wielkim warto zmarnować swoje życie?

Prawdziwym uderzeniem werbla jest jednak postać Fletchera, w którego rolę wcielił się J.K. Simmons. Na pewno zobaczymy Go z Oscarem w dłoni w tym roku. Postać, którą wielu aktorów mogłoby przerysować, w wykonaniu Simmonsa idealnie balansuje między szaleństwem a spokojem, między cynizmem a bolesną prawdą. To On nadaje filmowi tempo, dyktuje warunki, wykrzykuje, w którym momencie muzyka ma wybrzmieć, a w którym po prostu bezszelestnie zniknąć.

Pozostałymi walorami filmu pozostają sprawny, dynamiczny montaż, dzięki któremu mamy wrażenie, że oglądamy thriller w sali prób, a nie prosty film o relacji nauczyciela z uczniem oraz muzyka, która towarzyszy nam przez cały czas. Zresztą tytułowy utwór „Whiplash” w iście królewskim stylu przenosi nas na ulice Nowego Jorku.

Kiedy Fletcher rozmawia z Andrew w klubie jazzowym, mówi: „Zanim Charlie Parker otrzymał przydomek ‘Bird’, był przeciętnym saksofonistą, gdy jednak Jo Jones rzucił w Niego talerzem, ten wyszedł i trenował przez rok. Po dwunastu miesiącach ćwiczeń wrócił i zagrał kawałek, po usłyszeniu którego świat oszalał”. Po tych dobitnych słowach pozostaje pytanie, czy możliwe jest zostanie perfekcyjnym muzykiem bez popadania w destrukcję?

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
sluzbyspecjalne
Służby specjalne – recenzja
bialanoc
Biała noc – recenzja
mapadzwiekowtokio
Mapa dźwięków Tokio – recenzja
1 Komentarz
  • 17 stycznia 2015 at 20:17

    Zdecydowanie zgadzam się, że J.K. Simmons zasłużył na Oscara. Wcale by mnie to nie zdziwiło, bo rola, jak i film są świetne. Cieszę się że poszłam na Whiplash do kina!

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*