„Wdowy” w reżyserii Steve’a McQueena są inspirowane brytyjskim serialem, emitowanym w pierwszej połowie lat 80-tych. Veronica, Linda i Alice to trzy kobiety utrzymywane przez mężów trudniących się napadami. Podczas ostatniej akcji mężczyźni zostają zastrzeleni przez specjalny oddział policji. Pozostawiają po sobie nie tyle żałobę, co mnóstwo długów i innych, niedomkniętych spraw. Tytułowe wdowy, w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa, postanawiają iść w ślady swoich zmarłych partnerów, a tym samym podjąć się kradzieży pięciu milionów dolarów.

„Wdowy” podejmują wiele aktualnych tematów, między innymi: politykę, rasizm, emancypację. Bohaterki wchodzą w układy zarówno z gangsterami, jak i z panami w garniturach. Nie mają innego wyjścia, ponieważ świat nie jest czarno – biały. Na kanwie ich niepowodzeń reżyser bawi się kontrastami. Doskonale wykorzystał do tego celu miasto wielokrotnie eksploatowane przez filmowców, czyli Chicago, gdzie dzielnice nędzy od posesji bogaczy dzieli jedynie minuta drogi samochodem.

McQueena nie interesuje tak zwany szerszy kontekst, ale bohaterowie uwikłani w jego spiralę. Każda postać jest dokładnie nakreślona. Znamy jej zalety, wady, motywacje, udręki. Zarówno bogaci, jak i biedni są skazani na sytuacje bez wyjścia. Najciekawiej śledzi się losy Jacka Mulligana (rola idealnie skrojona pod Colina Farrella), który jest w pełni świadom swoich nieuczciwych zagrań, ale mimo to kontempluje nad sobą i nie jest do końca przekonany, czy w ten sposób chce spędzić resztę życia. Kolejną perłą jest Elizabeth Debicki. Alice w jej wykonaniu to jedyna kobieta, której widz szczerze współczuje i jako jedyna wyciąga wnioski i przechodzi przemianę. Jej kreacja jest wiarygodna i kompletna. Na uwagę zasługuje również Daniel Kaluuya. Grany przez niego Jatemme wydaje się niepozorny i nieszkodliwy, a tak naprawdę najbardziej nieprzewidywalne momenty zawdzięczamy właśnie jemu (scena z raperami).

Po genialnym „Głodzie”, przeszywającym „Wstydzie” i oskarowym „Zniewolonym” Steve McQueen powraca z jedynie poprawnymi „Wdowami”. Jest to jego najsłabszy film, co nie znaczy, że nieudany. Głównym i tak naprawdę jedynym zarzutem wobec tego obrazu jest mnogość wątków. Kilku bohaterów wydaje się niepotrzebnych. Pewne sceny sprowadzają się jedynie do upiększenia i tak dobrze już nakreślonej fabuły (przewidywalne twisty).

W swoich wcześniejszych produkcjach McQueen stawiał na minimalizm i jednostkę. We „Wdowach” trudno doszukać się głównego bohatera, który spaja wszystko w całość. Momentami film wydaje się rozlazły, a im bliżej finału, tym mniejsze emocje towarzyszą nam na końcu. Jednak to, co świadczy o wyjątkowości produkcji, to jej wymowa – dosadna, uświadamiająca nam, że nie ma znaczenia, na którym stopniu drabiny społecznej aktualnie stoimy. Każdy ma swoje demony, którym musi stawić czoło. Pytanie, czy zacznie działać, czy biernie podda się nieuczciwemu systemowi.

autor recenzji: Aleksander Biegała

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
conaskreci
Co nas kręci – recenzja
W deszczowy dzień w Nowym Jorku – recenzja
combatgirl
Combat girls. Krew I honor – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*