violetLudzie bardzo często szukają winnych tam, gdzie ich nie ma. Jedni podejmują takie działania, ponieważ próbują ukryć własny wstyd, wiedząc przy tym dobrze, że w podobnej sytuacji postąpiliby jak tchórze. Drudzy są na tyle wyrachowani, że wystarcza im jedynie czerpanie przyjemności z poniżania drugiego człowieka. Główny bohater „Violet” – Jesse, zostaje napiętnowany przez okolicznych mieszkańców. Powód jest prosty: chłopak nie wstawił się za przyjacielem, którego śmiertelnie pobito.

Wszystko zaczyna się od ciszy. Pierwsze, długie ujęcie zwiastuje coś złego. Jest naprawdę długie i sugestywne. Następuje wybuch. Od tej pory główny bohater już nigdy nie będzie taki, jak wcześniej. Zamyka się w sobie. Na początku unika kontaktu z ludźmi, nie rozmawia nawet z rodzicami. Stłamszony, wszystko trzyma wewnątrz.

Jesse jest przeciętnym nastolatkiem, którego zbyt szybko dopada życiowa tragedia. Oczywiście nie musi to być regułą ludzkiej egzystencji. Każdy z nas ma pewien bagaż doświadczeń i tylko my potrafimy zrozumieć sytuację, która mocno nas dotknęła. Jednak to, co przytrafiło się młodemu chłopakowi, nie jest na co dzień często spotykanym zjawiskiem. W celu podkreślenia smutku i traumy obraz jest mocno zachwiany, czasami nagle urywa się, żeby po chwili powrócić na właściwy tor. Tylko, czy ten tor faktycznie właściwym pozostaje? Ten zabieg każdy widz musi ocenić sam. Jak wspomniałem wcześniej – każda jednostka spotkała się z innymi tragediami i nie na miejscu byłoby klasyfikowanie, która z nich jest trudniejsza w odbiorze.



   
Bas Devos nie należy do reżyserów, którzy idą pod rękę z dynamiką i szybkim montażem. Odnosimy wrażenie, że operator umieścił kamerę na żółwiu, wyrzucił go z akwarium i pchnął w stronę nieznanego świata.
   
To właśnie zdjęcia są najmocniejszą stroną „Violet”. Odznaczają się mrokiem, głębią, zabijają intymność, widzą nawet więcej, niż główny bohater – Jesse. Szpiegują każdy zakątek i nie ma znaczenia, czy stąpają po opustoszałej ulicy, czy goszczą w pustym mieszkaniu. Są piękne i dzięki temu zastępują słowa, których zbyt często w tym filmie nie uświadczymy. W ostatnim czasie bardzo rzadko można spotkać się z formułą, w której obraz zastępuje mowę i gesty. To, co Robert Elswit zrobił dla Paula Thomasa Andersona w „Aż poleje się krew” można porównać do tego, co Nicolas Karakatsanis zrobił dla Basa Devosa.
   
Koniec końców, otrzymujemy film zimny i trudny w przekazie, ale niezwykle przenikliwy i autentyczny. Nie będziemy do niego zbyt często wracać, o ile w ogóle, ale po jednokrotnym obejrzeniu na pewno zapamiętamy go na całe życie. Czasem cisza mówi więcej, niż słowa i krzyczy przy tym z całych sił.

PODZIEL SIĘ
POWIĄZANE POSTY
greenhornet
Green Hornet – recenzja
drapaczchmur
Drapacz chmur – recenzja
nagroda
Nagroda – recenzja

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ

*